Miotając się między gotowaniem obiadu, a składaniem świeżo wypranej bielizny nagle dochodzi do mnie prawda. Duszę się.
Duszę się tym domem, tym miastem, tymi ludźmi, tym związkiem.
Całe swoje życie zawsze się komuś bądź czemuś poświęcałam. A co ze mną? Z moim ja?
Żyję życiem 40-latki.
Żyję życiem jakim oczekują ode mnie inni.
Musisz się ładnie uczyć. Skończyć studia. Zrobić karierę. Zbudować dom. Urodzić trójkę dzieci.
Muszę? Ja nic kurwa nie muszę.
Zapomniałam co to taki prawdziwy, szczery śmiech.
Nie noszę już w sercu tej radości. Puste emocje. Co to było podniecenie, ekscytacja?
Jestem zimna. Niezdolna do żadnych uniesień.
Nie czuję już ciepła Jego ciała. Mimo, że co noc leży obok. Że obejmuje ramieniem.
Unikam bliskości, seks mnie napawa obrzydzeniem.
Myślę o swojej mamie. Całe swoje życie robiła coś dla innych.
Dziś jest sama. Zdjęto z niej brzemię opieki nad wszystkim. I co?
Nie potrafi się cieszyć swoją wolnością.
Nawet póki co nie zdążyła.
Guz na piersi.
Miejmy nadzieję, że niezłośliwy.
Chcę się wycofać, póki jeszcze mogę, póki jeszcze jest czas.
I żyć tak aby nie żałować.
Żyć każdą sekundą.
Zasypiać z uśmiechem.
Budzić się z nadzieją.
Wyjeżdżam.
Podbijam.
...spełniam.
No comments:
Post a Comment