Zanim dopadnie mnie melancholia, spowodowana kolejnym atakiem, a raczej tym jak się po nim czuję, opowiem Wam coś o sobie.
Takich kilka faktów z życia.
Zwykłej dziewczyny.
Nie grubej, nie chudej. Nie pięknej, nie brzydkiej.
Ta naprawdę, nie jest trudno ustalić datę kiedy osoba przeistacza się w bulemika.
Nie dla mnie. Ataki kompulsynego jedzenia zdażały się już w kilka miesięcy po tym jak zacząłam się odchudzać. Normalna sprawa.
Bulemiczką zostałam... gdy przyszły mi do głowy moje palce. I to co mogę z nimi zrobić.
Czy się bałam? Nie.
Bo ja się niczego nie boję. No chyba, że o Matkę.
Że kiedyś nie wróci.
To było tak dawno...
Mój współlokator chcąc mnie pocieszyć kupił mi pudełko lodów...
Czekoladowych.
I ciasteczka...
Powiedział: "Jedz, jedz... a jak wrócę z pracy to do Ciebie dołączę".
Zjadłam całe. A z nimi i ciasteczka. I pomidory. Ugotowanego ziemniaka.
Godzinę zajeło mi znalezienie w sklepie tych samych lodów.
Bo już wtedy poczułam, że coś jest nie tak.
Byłam tak najedzona, że siłą rzeczy zrobiło mi się niedobrze.
Nie musiałam się jakoś wysilać.
Poza tym... lodami się łatwo wymiotuje.
No comments:
Post a Comment