Friday, 27 November 2009

Chrzest.

Tik... tak... Tik... tak...

Nie potrafię się na niczym skupić.

Drażni mnie każdy szelest, każdy szept.

Wskazówki na zagarze poruszają się swoim monotonnym tempem.

Minuta w tą, czy w tamtą.

Jestem bulemiczką.

Uświadomienie sobie tego faktu to miał być 'początek końca'.

Gówno prawda.

Ja wiem to już od dawna.

Czy to coś zmieniło? Zmienia?

Pomaga?!

Poświęciłam dziś kibel w nowym mieszkaniu.

To miał być mój magiczny kąt, coś dzięki czemu moje życie się odmieni.

Poświęciłam go... Ochrzciłam...

Nienawidzę tego.

Tak bardzo...

...........................................................nienawidzę!

Tuesday, 10 November 2009

...

Wspomnienia osiadają na budynkach.

Na drzewach. Chodnikach.

Otaczają z wszystkich stron.

Nie chcę się w nich pogrążać. Błagam by odeszły. By wyparowały. Jak poranna mgła.

Dlaczego jest tutaj tak przeraźliwie smutno?

Cholerna szarość dnia odbiera jakąkolwiek formę radości.

Nie potrafię już spać.

Intensywne myślenie mi na to nie pozwala.

Czuję się winna.

Nie potrafię zaakceptować tego, że ludzie przychodzą i... odchodzą.

Pragnę mieć wszystkich.

Cieszyć się ich obecnością.

Czy to źle?

Znów ogarnął mnie kryzys.

Chcę do domu.

Chcę w Wasze bezpieczne ramiona.

Tuesday, 3 November 2009

Czerwone wino w listopadzie.

Budzą mnie dziś krople deszczu.

Jego wszechobecne dudnienie.

Odwracam się na drugi bok, tak bardzo chcę powrócić do snu.

Nie pozwolić ulecieć jego ostatniej minucie.

Która to godzina?

Pokój pogrążony w ciemności.

5-ta? 6-ta?

No tak... nastał listopad.

Teraz pochmurne noce pochłaniają dni.

Gryzą ich promienie.

Mimo to... lubię ten miesiąc.

Jest taki dumny.

Pełen tej groteskowej melancholii.

Czerwień październikowych liści przeistacza się w burość.

Aż chce się złapać olbrzymi kielich pełen krwistego wina.

Upijany stopniowo, wsiąka w nasze wargi.

Soczyste już usta.

Nabierają tego posmaku.

...tylko kominka z trzeszczącymi płomieniami brak.