Tuesday, 3 November 2009

Czerwone wino w listopadzie.

Budzą mnie dziś krople deszczu.

Jego wszechobecne dudnienie.

Odwracam się na drugi bok, tak bardzo chcę powrócić do snu.

Nie pozwolić ulecieć jego ostatniej minucie.

Która to godzina?

Pokój pogrążony w ciemności.

5-ta? 6-ta?

No tak... nastał listopad.

Teraz pochmurne noce pochłaniają dni.

Gryzą ich promienie.

Mimo to... lubię ten miesiąc.

Jest taki dumny.

Pełen tej groteskowej melancholii.

Czerwień październikowych liści przeistacza się w burość.

Aż chce się złapać olbrzymi kielich pełen krwistego wina.

Upijany stopniowo, wsiąka w nasze wargi.

Soczyste już usta.

Nabierają tego posmaku.

...tylko kominka z trzeszczącymi płomieniami brak.

No comments:

Post a Comment