Budzą mnie dziś krople deszczu.
Jego wszechobecne dudnienie.
Odwracam się na drugi bok, tak bardzo chcę powrócić do snu.
Nie pozwolić ulecieć jego ostatniej minucie.
Która to godzina?
Pokój pogrążony w ciemności.
5-ta? 6-ta?
No tak... nastał listopad.
Teraz pochmurne noce pochłaniają dni.
Gryzą ich promienie.
Mimo to... lubię ten miesiąc.
Jest taki dumny.
Pełen tej groteskowej melancholii.
Czerwień październikowych liści przeistacza się w burość.
Aż chce się złapać olbrzymi kielich pełen krwistego wina.
Upijany stopniowo, wsiąka w nasze wargi.
Soczyste już usta.
Nabierają tego posmaku.
...tylko kominka z trzeszczącymi płomieniami brak.
No comments:
Post a Comment