Jestem w domu... rodzinnym.
W tym konkretnym przypadku, przymiotnik ten nie równa się słowom: 'ciepły', 'bliski', 'bezpiczny'.
Nie... to tylko zimne określenie stanu posiadania.
Dom. Rodzinny. Dom. Mamy. Taty.
Nie Ich wspólny... nie.
Boli mnie żołądek. To chyba ze stresu...
Chcę pobyć sama, choć na chwilkę.
Nie... tu prywatność nie istnieje.
Nie... gdy dzieli się pokój z Ojcem.
Jego wieczna ucieczka.
Chce jeszcze zachować pozory, że nie jest tak źle.
Że Matka znów ma taki 'gorszy dzień'.
Który to już z kolei?
Jak tylko się ściemni... pójdę na spacer. Do lasu.
Wypalę z nerwów papierosa. Może i dwa.
Śmieszne... ja nawet nie lubię palić.
Pomyślę sobie troszkę.
Przecież to lubię...
Pomarzę sobie troszkę.
O tym... jak to jest być zdrowym,
mieć normalną, kochającą się rodzinę,
że jak wrócę... wszystko będzie po prostu ok.
Tak dużo przecież nie wymagam?
No comments:
Post a Comment