Thursday, 29 October 2009

Czekolada.

Jestem uzależniona.

Nowy wymiar Be.

...czekolada.

Nawet teraz na myśl o jej śmietankowej konsystencji w moich ustach,

dostaję drgawek ;)

Jestem chora. Tak. Chora.

Na czekoladę.

Każda jej forma,

to sztuka.

Jest 9 rano...

Marzy mi się taka rodzynka, otoczona mleczną powłoką.

Nie... marzy mi się ich cała paczka!

Grrr... Oj głupia ja, głupia!

Tuesday, 27 October 2009

Nowy dom. Paradoks.

Coś smutnego znów wkradło się w moje życie.

Jak mam się tego wyzbyć, skoro nawet nie potrafię owego strapienia zdefiniować?

Tak wiem, pewnie znów sobie coś wmawiam.

Wyolbrzymiam swoje problemy.

Może to ta pogoda?

Dni wypełnione szczelnie deszczem. Paradoks.

Niesprzyjająca aura.

Ale już niedługo.

Może już niedługo.

Oby.

Własny ciepły kąt.

Przetarty dywan z czerwono- niebieskie wzorki.

Odgłos syczących płomieni w kominku.

Chcę tam być. Leżeć na ciężkiej, drewnianej podłodze.

Chcę być odkrywcą własnego sufitu.

Wynajdować na nim nowe gwiazdy. Całe galaktyki.

Zanurzać się w przestrzeń pomieszczenia. Paradoks.

Pełna jestem sprzeczności. Myśli równie bezsensownych jak i próżnych.

No cóż, taka już jestem.

Wiem też, że potrafię się poświęcać.

Wiem to. Wiem.


Monday, 26 October 2009

Tabula Rasa.

Be. coś za często się ostatnio odzywa.

Łapiąc moje myśli, koncentruje je na sobie.

Skąd u niej ten spryt? Ta przebiegłość...

A może... Skąd u mnie ten spryt? Ta przebiegłość...

Nie. Wolę się usprawiedliwiać i głośno twierdzić, że ja i Ona to dwie inne osoby.

Z kompletnie różną osobowością.

Dziś poniedziałek.

Na nowo rozpoczynam swoje życie.

Tak dobrze powiedzieć sobie: 'Zaczynam nowe życie'.

Wielkie Tabula Rasa, rozbudzona we mnie idea Arystotelesa.

Dziś... jeśli się uda, rozpocznę moje małe, osobiste odliczanie.

Do puli szczęścia.

Tak więc... Trzymajcie kciuki.

Niektórym nawet pozwolę się za to pomodlić.

Friday, 23 October 2009

Zmiany.

Czas... na zmiany.

Takie pozytywne... Takie, które warto realizować.

Takie... na które dobrze było czekać.

Takie, które najprostrzymi słowami mówiąc... niosę radość.

Nie mam czego się bać.

To tak jak oglądanie horroru w kinie, gdy ktoś trzyma Cię za rękę.

Czasem emocje biorą górę, strach łapie za gardło, krzyk zamiera w ustach.

Ale czujesz jak zaciskają się wokół Twojej dłoni te palce.

I to ciepło jakie produkują.

Czujesz jak rozlewa się falą.

Lekkie dreszcze przebiegają Cię na wskroś.

Mrowienie.

I wiesz, że nie jesteś sam.

Jest ktoś obok.

Dobra dusza.

Otaczający opieką Anioł.

A Wy macie swojego?

Thursday, 1 October 2009

Październik.

Nadszedł październik.

Dziwnym jest mechanizm odczuwania przepływu czasu.

Dni dłużą się czasem w swojej monotonii.

Czasem godzina staje się minutą.

Czas to zdecydowanie zjawisko relatywnie rozciągłe.

Droga, którą przebywałam wczoraj do 'domu' rozświetlał księżyc.

Jego pełnia.

Cudowny widok, który wymusza ten najprostszy rodzaj radości.

Obcowanie z pięknem. Naturalne. Niewymuszone.

Dlaczego czasem o tym zapominam?

Świat nie jest zły.

Ludzie nie są podli.

To my...

To przecież my kaleczymy wszystko.

Przestajemy widzieć.