Monday, 13 July 2009

Wojownik Światła.

Wiecie... Muszę tu jeszcze coś napisać.

Bo czuję... taki przypływ energii.

Jadę na wakacje.

I nieważne, że ze wraz ze mną jadzie nadprogramowe 10 kilogramów.

Zacznę walkę.

Na nowo.

Zamknę furtkę do tej części mojej podświadomości, która mówi mi, że jestem ciągle głodna.

Która każe mi zwracać to co zjadłam.

Kontrola. Walka. Samoakceptacja.

Bo jestem wojownikiem.

Czytam książkę.

A w niej mądra sentencja.

"Każdy wojownik światła bał się kiedyś podjąć walkę.
Każdy wojownik światła zdradził i skłamał w przeszłości.
Każdy wojownik światła utracił choć raz wiarę w przyszłość.
Każdy wojownik światła cierpiał z powodu spraw, które nie były tego warte.
Każdy wojownik światła wątpił w to, że jest wojownikiem światła.
Każdy wojownik światła zaniedbywał swoje duchowe zobowiązania.
Każdy wojownik światła mówił "tak", kiedy chciał powiedzieć "nie".
Każdy wojownik światła zranił kogoś, kogo kochał.

I dlatego jest wojownikiem światła. Bowiem doświadczył tego wszystkiego i nie utracił nadziei, że stanie się lepszym człowiekiem."

I ja... Stanę się lepszym człowiekiem.

Przecież potrafię.

Przecież chcę.

Dla siebie. Dla Ciebie.

Krew.

To już czwarty miesiąc na tym blogu. Kwiecień...

Maj...

Czerwiec...

Lipiec...

Każdego dnia starałam się walczyć.

Był czas, kiedy myślałam, że doczekałam się punktu zwrotnego w moim życiu.

Każdy dzień był walką.

Każdy dzień... jest walką.

Czasem lepiej, czasem gorzej.

Ale... teraz jest źle. Jest cholernie źle.

Nie uczę się na własnych błędach.

Nie ponoszę konsekwencji własnych czynów.

Nie wyciągam wniosków.

Wynikiem tego... krew.

Delikatnie sącząca się z moich ust.

Jej słodki smak?

Nie... Nie wiem.

Nic nie czuję.

Czy obrzydza mnie to? Czy szokuje?

Nie.

Bo ja przecież nic nie czuję.

Ani fizycznie, ani psychicznie.

Wyjeżdżam... Nie będzie mnie.

Uciekam od samej siebie.

Potrzebuję przerwy.

Może coś drgnie.

Może... Wrócę zdrowa.

Monday, 6 July 2009

Wspomnienia.

Oglądam zdjęcia. Niektóre z nich zrobione zostały lata temu...

Boże, jak wspomnienia bolą. Nawet gdy są to dobre wspomienia.

Tęsknię za starymi latami.

Gdy... tak naprawdę nie liczyło się nic.

Problemy?

Jakie problemy... Nie było żadnych. Nie istniały.

Dziś wyniszczam samą siebie.

Psychicznie - poprzez obsesyjne myślenie.

Fizycznie - poprzez katowanie przełyku palcami.

Chcę znów być tą małą dziewczynką.

Chcę znów być szcześliwą.

Chcę przytulić się do Taty.

Poprosić Mamę by zrobiła mi kanapkę z szynką i ketchupem.

Chcę iść na spacer do lasu.

Może przy okazji znaleźć trochę jagód.

Chcę... do domu.

Sunday, 5 July 2009

Ostatni raz.

Dzwoni telefon. Melodia rozbrzmiewa kilka razy.

Nawet nie sprawdzam kto to.

Siostra, On, dwie koleżanki.

Nie mam żadej energii w sobie.

Po prostu opadłam z sił.

Tak mi źle... tak strasznie mi źle.

Po policzku znów płyną łzy.

Jakoś się potem usprawiedliwie... Kłamać przecież potrafię.

Niesamowita ze mnie aktorka.

Niesamowita ze mnie idiotka.

Pozwoliłam sobie na masywny atak. Dawno tyle nie zjadłam.

Rozsadzało mi żołądek... A ja? Wciąż jadłam.

Wiedząc, że zwrócę.

Pozwoliłam sobie. W głowie zakiełkowała myśl.

Dziś ostatni raz.

Od jutra? Koniec.

Słowo 'jedzenie' przestaje istnieć w moim słowniku.

Bulemicy wiedzą... Lepiej nic nie jeść.

Można tak wytrzymać nawet kilka dni.

Ale jak raz się zacznie to... Nie można przestać.

Więc koniec.

Jak mam umrzeć.

To z głodu.

Friday, 3 July 2009

A myślenie miało nie boleć.

Nienawidzę! Nienawidzę bulimii!!!

Czuję się tak cholernie nieszczęśliwa.

Najgorsze jest te myślenie.

Chęć bycia samej.

W celu wiadomym.

Liczenie kalorii.

Kwestia czy możesz sobie pozwolić na dwie łyżeczi dżemu na toście czy może... tylko na jedną.

A potem...

To jak równanie. Jak 2 + 2.

Jedzenie + wyrzuty = wymioty.

3 palce w ustach.

Czasem 4... jak ciężko idzie.

Kilkanaście szklanek wody.

Czasem z solą.

Sposobów miliony.

Po jakimś czasie... wystarczy, że się nachylisz.

Samo z Ciebie wychodzi.

Wiem, to co piszę jest okropne.

Ale... prawdziwe.