Monday, 31 August 2009

Melancholia dnia dzisiejszego.

Szarości dnia nie rozświetla nawet łuna wschodzącego słońca.

Krople wczorajszego deszczu unoszą się wciąż w powietrzu.

Tak jakby utkwiły tam na zawsze.

Martwo.

Głucho.

Cisza uwięziła wszystkich i wszystko.

Pogrążam się w otchłani własnych myśli.

W ręku paruje kubek.

Kolorowy, mój ulubiony.

Wypełniony po brzegi gorącym, gorzkim kakao.

Z szczyptą cynamonu.

Ah. Takie dni.

Leniwe. Momentami nudne.

Ale jakże potrzebne.

Sunday, 30 August 2009

Duma.

Jestem z siebie dumna. Nie boję się tego powiedzieć.

Nie boję się tego stwiedzić.

Wylewam na samą siebie kubeł zimnej wody, gdy tylko zachodzi taka potrzeba.

Trzeźwo myślę.

Zmuszam się do zadawania sobie pytań.

Czy ja na pewno jestem głodna?

Czy to tylko znów Be. atakuje?

Czy jedna bułka to wystarczająca porcja?

Czy to tylko Be. ma ochotę na więcej?

Czy mogę pozwolić sobie na kolejne ciasteczko?

Czy to tylko Be. znów podeje mi je, wodząc na pokuszenie?

Takie coś męczy. Naprawdę.

Za dużo tematu jedzenia pojawia się wszędzie wokół.

Liczenie kalorii.

Obiecuję sobie, że jak tylko dojdę do tej swojej wymarzonej wagi, to wszystko się skończy.

Nie pozwolę sobie już wszystkiego zaprzepaścić, myśląc: 'i tak wyżygam'.

Nie pozwolę.

Friday, 28 August 2009

Leczenie.

Wdech, wydech...

Wdech, wydech...

Myśl Natalio, myśl.

Analizuj swoje zachowanie.

Ucz się na błędach, wyciągaj wnioski.

Gdy trzeba to walcz.

Przecież potrafisz.

Wiecie... dopiero w ostatnim czasie, zrozumiałam znaczenie słów: 'wszystko zależy od Ciebie'.

Wcześniej, nie były one dla mnie zupełnie jasne.

Przecież tak nie musi być.

To ja kontroluję swoje życie. Kontroluję samą siebie.

Dziś nie będzie ataku.

Nie pozwolę znów wpaść w ten wir.

Mogłam.

Byłam blisko.

Tego wyimaginowanego 'niebezpieczeństwa'.

Ale nie dałam się. Nie dam.

Powiedziałam sobie: 'nie', stawiając na końcu trzy wykrzykniki.

Moja wola. Moja silna wola.

Z czasem ilość wykrzykników się zmniejszy.

A potem magiczne słowo 'nie' będzie wymawiane w mojej głowie bez zbytnego o nim myślenia.

Daj sobie czas.

Na leczenie swojej woli.

Thursday, 27 August 2009

Mięsień.

Nie. Nie. Nie.

Jezu, nie.

Proszę.

Nie... ja błagam.

Zostaw mnie...

Be. Zostaw...

Kiedyś ktoś w jednej z rozmów porównał silną wolę do mięśnia.

Który wraz z czasem i wykonywanymi ćwiczeniami wzmacnia się.

Niestety, jak to w życiu bywa, na skutek przeciążenia może nastąpić kryzys i mięsień...

po prostu zaczyna boleć.

Naderwany.

Czasami wystarczy kuracja, przerwa.

Czasami, zniszczenie jest za duże.

Boże. Niech to będzie tylko kilkodniowa 'przerwa' na rzecz jego rekonwalescencji.

Proszę... Samą siebie.

Jakie to... żałosne.

Wednesday, 19 August 2009

Słabostka.

Już od kilku godzin walczę z samą sobą by się przyznać.

Dopadło mnie.

Przyszedł dzień, moment, sekunda.

Gdzie pogrążyłam się w otchłani jedzenia i wymiotów.

Ale traktuję to jako wypadek przy pracy.

Trudno, stało się.

Traktuję ten blog, jako pewnego rodzaju osobistą spowiedź.

Więc dlaczego mam ukrywać, że się potknęłam?

Kłamać? Oszukiwać?

Nie... Miałam być szczera.

Więc jestem,

a że jestem jaka jestem?

Cisza w głowie.

Analizuję. Dlaczego tak się stało? Nie wiem.

Ja chyba po prostu lubię się okaleczać.

Nie ma żadnego uzasadnienia.

Ale wstaję. Zrobię sobie listę tego co dziś powinnam zjeść.

Żeby nie znalazło się na niej nic więcej.

Znów będę myśleć, jakie to cudowne uczucie mieć pełne czekolady usta.

...i walczyć ze sobą.

No cóż. Taka już moja natura.

Natura Wojownika Światła.

Friday, 7 August 2009

Musi być.

Chłodno dziś... Ale rozgrzewam się nadzieją.

Na lepsze jutro.

Leżę na łóżku. Nogi w górze.

I myślę, myślę... myślę.

O wszystkim... i niczym jednocześnie.

Kuszę się myślami.

Prowokuję własne reakcje.

I... nic.

Kompletna pustka.

Jedzenie. Posiłek. Marchewka.

Wiem, że będzie zaniedługo dobrze.

Wednesday, 5 August 2009

Koniec wakacji.

Wróciłam... Długo mnie nie było.

Odpoczywałam. Przykry jest fakt, że bardziej od choroby niż codzienności.

To już niemalże miesiąc.

Bez wymiotów.

Bez kompulsów.

Boże... jak ja tego potrzebowałam.

Nie... nie wakacji.

Tylko kontrolii, takiej 24-ro godzinnej.

I słońca. Upałów.

Gdy ociekasz potem, nawet nie myślisz o jedzeniu.

Gdy ktoś jest obok, nawet nie możesz o tym myśleć.

Nie mogę zaprzeczyć. Były myśli.

Kuszące.

Dalej są.

Ale... czuję się silna.

I... w końcu najedzona po normalnym posiłku.

Dziwne to uczucie.

Być pelnym, ale tak normalnie pełnym.

Ale jak to mówią... nie można chwalić dnia przed zachodem słońca.

Tak więc - walczę.

Ale już nie sama.