Thursday, 25 June 2009

Łzy.

Dziś pękłam. Wybuchłam płaczem.

Łkanie. Zaduszanie się własnymi łzami, których nie chciałam nawet zatrzymać.

Pragnąłam by mnie ukoiły.

By przyniosły spokój, pomogły zasnąć.

Oczyściły.

By wraz z ostatnią, skończył się również ten koszmar.

Dlaczego płakałam?

Chyba nad sobą.

Nad brakiem kontrolii.

Sił. Motywacji.

Znów depresja po mnie sięga.

Nie chcę nikogo widzieć. Z nikim się spotykać.

Chcę być sama.

Przespać ten czas.

Obudzić się zdrową.

Silną.

Nienawiść.

To takie okropne słowo. Takie okrutne uczucie.

Niestety... adekwatne w stosunku do samej siebie.

Nienawidzę siebie.

Nienawidzę Was... bo nie wiecie jak mi pomóc.

Tuesday, 23 June 2009

Kłamczucha.

Kłamię... Boże, jak ja kłamię.

Wszystkich dookoła. Siebie, Go, Ciebie.

Chełpię się tym jak się dobrze trzymam.

Gówno prawda.

Żygam. Wszędzie. Po wszystkim.

Praca, dom?

Brak oporów.

3 prysznice.

No tak... Wersja dla współlokatorki:

'bo muszę zrobić sobie peeling'

'bo muszę zetrzeć zrogowaciały naskórek na piętach'

'bo muszę odnowić sobie french'a na paznokciach'

Wczoraj miła kolacja. Miłe towarzystwo.

Śmiech, muzyka, ciekawa rozmowa.

Ale w głowie ta myśl...

Mój żołądek... Jakby moje nogi musiały nosić skały stonehenge.

Nie. Ja nie jestem normalna.

Już zawsze będę chora.

Rozpadam się. Na kawałki.

Kawałeczki.

Które znikają za każdym razem gdy spłuczka idzie w ruch.

Saturday, 13 June 2009

...

No i znowu. Muszę zaczynać wszystko od początku.

Z jeden strony myślę sobie... 'co to za problem do cholery?'

Po prostu przestać.

Ale gdy przychodzi co do czego... Te wyrzuty.

Nie zrozumie ten, kto takich problemów nie ma.

Dziś matka wyjeżdza do domu.

To były długie cztery dni.

Ulga...

Jezuuu... muszę się wziąść za siebie.

Pulpet...

Friday, 12 June 2009

Dość.

Patrząc na ten blog, uświadamiam sobie, że to już nie jest taki zwykły pamiętnik.

To jak spisywanie najskrytszych myśli.

Analizowanie samej siebie.

Jestem taka rozdrażniona.

Samą sobą. Matką.

Chcę żeby pojechała już do domu...

Zakupy, spacery, kawa na mieście.

Mam dość.

W koło to samo.

Natalia. Turystyczna przewodniczka.

To samo gówno.

Boże... jestem tak spuchnęta od tego jedzenia, że aż ciężko mi się poruszyć.

Dlaczego łatwo się opychać w ukryciu, a tak trudno wymiotwać, gdy Matka jest za ścianą?

Niech już jedzie... Już jutro...

Dosyć. Dosyć.

Słuchania historii o tym jaka byłm słoda jak byłam mała.

Słuchania historii z życia ludzi, którzy z nią pracują.

Słuchania historii o tym jak jej źle, bo nie potrafi znieść własnej teściowej i ojca.

Dosyć, dosyć, DOSYĆ!!!

Chcę zostać sama.

Zakopać się pod kołdrą, marząc by ta przeklęta lodówka przestała kusić.

Thursday, 11 June 2009

Masywna.

Jezuuuuu, nie wiem co się dzieje.

To znaczy wiem... ale żeby aż tak?

Jestem głodna... Tak cholernie głodna.

Jestem gruba... Tak cholernie gruba.

A raczej spuchnięta.

Balon, masywna ja.

To chyba przez tabletki.

Nawet nie jem dużo.... a puchnę.

Waga: 62 kg.

Jezuuuu.... I te piersi. Fuj...

Pierwszy raz idąc ulicą, one się... hmm... kołyszą.

Dziwne uczucie. Spojrzenia mężczyzn.

Obleśne.

Dzikie świnie.

Chcę się schować. Przespać... kilogramy.

Jestem chora. Wiem.

Jestem głodna. Czuję.

Tuesday, 9 June 2009

Zniszczone marzenia.

Be. wróciła.

Ja już nigdy się jej nie pozbędę.

To we mnie wrosło, stało się częścią mnie.

Nawet mi się już płakać nie chce. Nic mi się już nie chce.

Psycholog?

Boję się tam iść... Zresztą co on mi powie?

Tak. Moje Be. niszczy mi życie.

Już je niesamowicie naruszyła.

Mam przynajmniej o co ją oskarżać.

Tylko... skoro ona jest częścią mnie to jak mam się jej pozbyć?

Przyjeżdza jutro mama... Na 4 dni.

Jak wyjedzie... pewnie wyjem resztki z lodówki, wyżygam je i... zacznę głodówkę.

Koniec.

Wolę już Anę niż Be.

Monday, 8 June 2009

Wielki come back.

Czuję obrzydzenie. Do samej siebie. Do swojego ciała. Do swoich myśli.

Do swoich palców.

Odetnijcie je.

Załamałam się. I... nawet nie mam sił się już podnieść.

Nie chce mi się już.

Walczyć z tym wszystkim.

Źle mi... Tak strasznie mi źle.

To co powiem wyda się głupie, ale...

Czasem myślę, że wolałabym mieć już anoreksję.

Byłabym przynajmniej 'czysta'.

Moje palce.

Moje dłonie.

Nie ważne jak często je umyję.

Ciągle czuję ten ostry zapach.

Tak wiem... jestem obleśna.

Ale nie będę przebierać w słowach.

Jestem Świnią.

Chyba nie zapomnieliście... Co?

Saturday, 6 June 2009

Przemyślenia z życia bulemiczki.

Dziś mam dzień wolny... Chciałam pojechać na plażę.

Wbić się w kostium kąpielowy, ukazując braki mego ciała.

Nie... jakie braki?

Jestem piękna.

Tak.

Pamiętam kiedy byłam chuda, tak przeraźliwie.

Czy byłam wówczas szczęśliwa?

Nie. Nie byłam.

Zawsze coś było źle.

Cholerna akceptacja własnej siebie.

Ale teraz jestem już kobietą.

Zaokrąglone biodra, pełniejsze piersi.

Nie mogę być wieczną nastolatką.

Bo do tego ideału chyba dążę. Dążyłam.

Myślę dziś dużo.

Próbuję się dobrać do mojej Be.

Poznać ją od środka.

Poznać jej psychikę.

Geneza problemu.

Dziś mogę sobie na to pozwolić. Czuję się mocna.

Nawet się nie boję. Zjadłam normalne śniadanie.

I czuję się... pełna. Nic bym już do ust nie włożyła.

No chyba, że czekoladę. Kosteczkę :)

Boże... jakie to cudowne uczucie.

Nie czuć tego głodu.

Friday, 5 June 2009

Wstępne podsumowanie.

Myślę, że etap wymiotów za mną.

Mija trzeci tydzień... Wiem, wiem...

Bulemikiem jest się do końca życia.

Upewniam się w tym, gdy czytam blogi innych cierpiących na tą chorobę.

Niektórzy myślą, że mają to za sobą... Mija miesiąc, dwa. A potem?

Wielkie bummmmm...

Ale ja myślę, że będzie ok.

Teraz muszę popracować trochę nad kompulsami.

Nie są duże.

Nie ma ich dużo.

Ale są. Ciągle.

A potem godziny na siłowni. Katowanie własnego ciała.

Boże... po co mi było to wszystko?

Ci którzy kochali, kochali szczerze...

Taką jaką byłam.

Nie ważne czy z dwoma kilogramami więcej.

Kalorie.

Przeklęte słowo.

Przeklęta ja.

Tuesday, 2 June 2009

...

Jestem zmęczona... Tak strasznie zmęczona.

Chcę się stąd wyrwać.

Na parę dni.

Jechać w świat... który mogę znaleźć chociażby za rogiem.

Za dużo myślę...

Za dużo pracuję...

Za dużo się martwię...

Ale jestem z siebie dumna.

Bo walka z Be. jest tak cholernie trudna...

Obsesja myślenia. Obsesja jedzenia.

Daję radę. Muszę.

Dzięki za wsparcie.

Jest mi ono potrzebne.

Nie biorę już swoich zielonych tabletek.

Wiem, nie powinnam tak po prostu przestać ich zażywać...

Ale chcę w końcu zasnąć...

Odpłynąć w ten upragniony, zdrowy sen...

Monday, 1 June 2009

...

Nie wiem... Nic już nie wiem.

Czy ja będę kiedykolwiek normalna?

Zatarła się granica.

Czy jeśli mam ochotę zjeść pudełko lodów w upalny dzień to to oznacza atak?

Wymiotowałam dziś. Tak.

Ale pierwszy raz, tak po prostu, bo zrobiło mi się niedobrze.

Be.?

To Ty?

Zjadłam małe pudełko lodów.

A zaraz potem trochę kapuśniaku.

Raptem 3 łyżki...

I zrobiło mi się źle.

Przeklęty kapuśniak.

Myślę, ze przez te ostatnie miesiące mój żołądek został tak podrażniony, że niewiele trzeba żeby mnie zmulić.

Nie zjadłam dużo. Naprawdę.

I nie zrobiłam tego specjalnie.

Więc... czy zgrzeszyłam?

Przeciwko samej sobie?