Thursday, 30 December 2010

Proszę.

Patrzę na Nią. I ten widok rozdziera mi serce.
Wygląda jak mała dziewczynka. Bezbronna.
Matka moja.
Nie potrafi się już niczym cieszyć. Niczym.
I ten smutek. Te jej cierpienie.
To już nie jest jej depresja.
Nie jej osobista. Dzielimy ją.
Ja i ona...

Tak bardzo chcę jej pomóc.
Wziąść w ramiona... przytulić mocno do piersi.
By moja miłość roztopiła ten lód.

Nic zrobić jednak nie mogę.
Wszelkie próby zawodzą.
A ja tylko patrzeć mogę. I cierpieć. I płakać.

Mamo... proszę.
Weź zrób coś dla siebie.
Nie żyj już przeszłością.

Mamo... proszę.

Wednesday, 16 June 2010

Podsumowanie.

Myślę, że to już koniec. Zamykam ten blog i zamykam kolejny rozdział w moim życiu. Przerobiłam już całą siebie, poznając te części mojej osobowości, których istnienie napawa mnie zarówno obrzydzeniem jak i pewnego rodzaju ulgą. Teraz już wiem, że bulimia nie wzięła się tak po prostu. Rozszyfrowałam jej genezę bardzo dokładnie i cóż... To była (jest?) odpowiedź na wszystkie moje frustracje, kompleksy do których nigdy nie chciałam się przyznać. A przede wszystkim na brak miłości i wsparcia. Samotność. Zły wybór życiowej drogi i próby walki z własnymi marzeniami i pragnieniami nad które, przekładałam plany innych. I nie winię tutaj nikogo. Żal mogę mieć tylko sama do siebie.Mija już jakiś czas, spokojny czas. W końcu odzyskałam kontrolę. To ja decyduję, a nie ten głuchy głód, wyłaniający się gdzieś z własnego lęku, tłumionego gdzieś tam w mojej chorej głowie. Nie wstydzę się już wracać do najciemniejszych chwil. Pamiętam gdy urywałam się z zajęć, wiedząc, że w tym czasie mieszkanie jest puste. To oznaczało kilkugodzinną ucztę. W takie dni mogłam jeść i rzygać na przemian. Mój żołądek był tak obciążony jedzeniem że, nawet nie musiałam się specjalnie wysilać, żeby cokolwiek zwrócić.Nawet nie policzę ile pieniędzy potrafiłam tak 'przejeść'... I te moje mikstury. Cała blacha ciasta, spaghetti, 2 bochenki chleba, lody, czekolady.Moją głowę, całkowicie pochłaniały tylko myśli związane z jedzeniem. Nadaremne liczenie kalorii, narzucanie sobie rygorystycznej diety, chęci wprowadzenia głodówek. Jedzenie... jedzenie... jedzenie. Moja klątwa.Po takich maratonach nie miałam sił na nic... Byłam tak słaba, że padałam z nóg, potrafiłam przesypiać całe popołudnia. Szkoła, znajomi, rodzina? Wszystko zeszło na dalszy plan. A raczej kompletnie zniknęło z mojego życia. Prochy... zielone tabletki. A po nich nieprzespane noce.Dziś... wszystko sobie powoli odbudowuję. Odcinam się od starego świata. Stawiam powoli nowe fundamenty życia. I te słowa nie są niestety przerysowane. Nikt, kto nie zetknął się z chorobą psychiczną, nie zdaje sobie sprawy z tego jak ciężko mierzyć się z ciemną stroną samego siebie. Na zakończenie, chciałam podziękować:Do X: doceniam Twoje próby. Cieszę się, że mimo początkowej bagatelizacji mojej choroby, ostatecznie udało Ci się zrozumieć chociaż jej część.Do K: za to światełko.

Monday, 17 May 2010

Kurwa Wasza mać.

Maj... niby taki piękny miesiąc. Kwiatki rosną, trawa się zieleni a błękitne niebo pokrywa gąbka chmur. Tak. Może w Waszym świecie. Bo w moim na pewno nie. Kurwa Wasza mać. Bedąc małą dziewczynką, byłam bardzo... niesamodzielna. Pójście do sklepu było wyzwaniem... odwagi brak, kompleksów miliony. Dziś? Mieszkam daleko, w obcym kraju, sama latam po bankach, sama opłacam rachunki. Sama gotuję. I jakże cudownie daję sobie radę....!!! Tylko gdzieś tam... ja wciąż się boję. I tak oto codzienne sprawy to katorga... No tak sama sobie to zrobiłam. Mogłam nie wyjeżdzać... Zostać. Mogłam. Teraz już za późno. Jeszcze trochę, jeszcze troszeczkę.Nienawidzę tego... pierdolonego marnowania własnego życia. Łez wylewanych po cichu w poduszkę. Usprawiedliwień, że to całoroczny PMS. Kurwa Wasza mać. KURWA WASZA MAĆ. Nienawidzę Was. Tych szczęśliwych. Tych co kochają maj. Kurwa Wasza mać.

Saturday, 15 May 2010

Sen?

Obudził mnie dziś płacz. Mój własny. Nieszczęsne łkanie rozedrgało powietrze. Zaczęło brakować powietrza. Wstałam... i było jeszcze gorzej. Ból który docierał do mnie z czeluści mojej mózgoczaszki, zmienił źródło. Serce mi pękło. I wtedy przyszły te straszne myśli. Tych miejsc już nie ma. Te momenty nie wrócą. Coś co zwałam domem nie istnieje. Oni nie istnieją. Nic już nie istnieje.

Monday, 10 May 2010

Grecja.

Między palcami przesypują się drobne ziarenka piasku... Jedne ciemnobrązowe... inne przezroczyste w lekko burszytnowym odcieniu. Jasne od gwiazd niebo. I ten szum... Słyszysz? W ręce dzielnie trzymany kieliszek białego wina... I śmiech, unoszący się w rzeźkiej bryzie... Fale... małe, ale jakże burzliwe, łapią mnie za stopy. Chłód nocy, kończący się wraz z Jego ramieniem...

Monday, 3 May 2010

...

Meczą mnie własne sny. Nie... nie żadne koszmary. Ale nocne wizje... w których zawsze jestem sama. I dosyć już tego mam, tej sennej samotności. Coraz częściej, jak falą napływają chore myśli. Oglądam zdjęcia znajomych. Są tacy roześmiani, zawsze w 5-ciu miejscach na raz. A ja? Co ja robię ze swoim życiem? ...no tak, codziennie walczę by być normalną, a moje marzenie ogranicza się do wizji samej siebie - siedzącej w domu, otoczonej kilkoma paczkami ciastek, kanapkami i tagiatelle z tuńczykiem. Żyć, nie umierać. Fuck it. Fuck it all.

Wednesday, 21 April 2010

Tuż... tuż.

Powoli, powolutku... osiągam stabilizację. Motywacja do walki przychodzi i odchodzi. Ale ja brnę ciągle przed siebie. Moje życie, przypomina taniec, dwa kroki w przód, jeden do tyłu. Wiem już, nie ma po co się spieszyć. Na własnej skórze odczułam co znaczy 'jak nagle to po diable'. Coraz częściej myślę, że siedzą we mnie dwie, kompletnie różne osoby. Czasem nie poznaję siebie... nie łączę się z tą drugą. Pojawiły się plany... otrzepuję z kurzu ukryte głęboko marzenia.Wyjadę, uciekną. Przecież każdy wie, że zmiany są potrzebne. Mnie nie 'gorszego' już przydarzyć się nie może ;] Więc... planuję i odliczam. Czekam... Już niedługo. Już... Tuż, tuż.

Friday, 16 April 2010

Promienie.

Dzisiejsze skromne przemyślenia... w tonie pozytywnego brzmienia Carry Brothers, przerywa co chwilę niekontrolowane mrużenie wciąż lekko zaspanych powiek. Atak promieni Słońca... równie przyjemny jak poduszkowy nalot, bombardzisty K.W przerwach w robieniu notatek na zbliżające się egzaminy, buszując po internecie i myśląc już o planie na wykonanie kotletów mielonych na obiad... coś gdzieś w głowie szepcze mi, że to są właśnie takie małe momenty szczęścia, których tak szukam, o które się tak dopominam...

Wednesday, 14 April 2010

Rozstania i powroty.

To tak jakby w moje życie wpisane były rozstania i powroty.Różnica tylko tkwi w intensywności ich przeżywania.Kiedyś bolało.Teraz jakbym się już przyzwyczaiła, zwyczajnie wtopiła w ten zamknięty schemat.I teraz jedyne co boli to fakt... że nie boli.Pamiętam jak pękło mi serce. Pamiętam dokładnie.Stałam wpatrzona w spokojną taflę jeziora.Cholerne uczucie bezsilności zabierało oddech.Fala gniewu raz po raz przemywała mi serce.Milionami myśli próbowałam zahamować łzy.'On wyjechał, wyjechał... wyjechał'.Nie potrafiłam jeść, spać.Nie potrafiłam... żyć.Dziś? ...już nie ma we mnie takiego rodzaju tęsknoty.Przyzwyczaiłam się już do niego.I gdy teraz zmuszona jestem konfrontować coś co skutkuje w rozłące... Analizuję, myśląc: 'tyle razy już to przerabiałaś, że kolejny raz niczego nie zmieni'.A co jeśli zmieni...?A co jeśli, siedząc teraz biernie tracę najważniejszą cześć mojego życia?Wtedy... wtedy będę żałować.I tęsknić. Tak prawdziwie....w końcu.

Thursday, 1 April 2010

Żal.

Zastanawiam się... Co by było, gdybym wtedy nie wyjechała? Pamiętam moje pożegnanie z P. Siedziałam już za szybą autobusu, On płakał, niemo błagając bym została. A ja? Musiałam odwrócić głowę... by nie widział, że śmieję się radośnie na myśl o czekających mnie przygodach. Mija pierwszy rok na tym blogu, niemalże trzeci od kiedy wyjechałam. I co mogę powiedzieć? Że żałuję. Całym swym sercem. Teraz pokutuję ciężkimi łzami. Samotnością. I cholernymi wyrzutami. Wszystko dookoła mnie po prostu... przerasta. Kompulsywne jedzenie? To reakcja na stres, na lęk. Zajadanie strachu. Bulimia? To tylko skutek, konsekwencja. Teraz to już wiem.Nie ufam. I nie zaufam już nikomu.Zbieram jak kolekcjonerskie okazy strzępki dobrych chwil.Żałuję... Boże! Jak ja żałuję...Kiedyś chciałam uciec... teraz chcę pokornie wrócić.Tak mi brak samej siebie, takiej... normalnej. Takiej szczęśliwej.

Tuesday, 16 March 2010

Wednesday, 10 March 2010

Uczę się.

Idę się leczyć.Dosłownie.Czuję się idiotycznie.To tak jakbym uczyła się na nowo oddychać.Wydaje się banalnie proste?No właśnie... wydaje.Bo skąd wiedzieć, jak zaczerpnąć haust powietrza?Co to w ogóle jest?Chodzę wszędzie z zeszytem, w nim tabelka.Godzina, miejsce. Wymioty były?Wczoraj K. powiedział mi, że to takie dziwne uczucie.Wstydzić się samego siebie. Tego co się robi, zrobiło, albo co gorsze zrobi.Nawet jeśli nikt o tym nie wie.Pozostają wewnętrzne wyrzuty.Czasem ciężko się samemu przed czymś przyznać.A teraz ja... wieczna oszustka, bezczelna kłamczucha... muszę...Przyznawać się do każdego błędu.Konfrontować kartki papieru.By z nich codziennie, na nowo uczyć się... po prostu życia.

Tuesday, 2 March 2010

...

Nitki makaronu nikną w otchłani klozetu.
Jeszcze trochę, jeszcze trochę.
Musi się udać.Walcz N., walcz...
Przecież musisz to wszystko zwrócić. Musisz... I tyle.
W odwrotnym bądź razie...
Znów Ci przybędzie.
Złego humoru i... centymetrów.
Muszę się zebrać do kupy.
No tak... łatwo tak mówić.
A tak trudno wykonać...

Friday, 5 February 2010

Pies, rower i las.

Nie uwierzycie mi... nie uwierzycie gdy powiem, że jest we mnie naprawdę wiele ciepła.

Bo jest.

Chcę psa.

Tak bardzo pragnę psa.

Wielkiego, czekoladowego labradora.

Będę go kochać, będę o niego dbać.

Chodzić na długie spacery.

Kupię sobie rower.

I z tym rowerem i z tym psem będę chodzić do lasu.

Odkrywać (nie)zbadane ścieżki.

Szelest liści.

Cięzkie promienie słońca, przedzierające się leniwie przez gęste konary.

Wilgoć zamknięta w powietrzu.

I mój rozedrgany oddech.

Pełen szczęścia.

Lekkie parujące obłoczki wyzierające się z moich zaczerwienionych wysiłkiem warg.

To wezbrane ciepło mojej osoby, mojej radości szuka ujścia.

Las.

Jak ja za tym tęsknię.

Zamknięta w betonowym mieście.


Wednesday, 27 January 2010

Łzy.

Upłynął niemalże miesiąc.

Kolejny styczeń w moim życiu.

Podsumujmy. 3 ataki. 2 rozstania.2 879 076 łez.

Ja wiem jak umrę.Wiem.Kiedyś po prostu, kolejna łza okaże się być tą ostatnią.

O jedną za dużo.

Potem nie będzie już nic.W moim organizmie nastąpią nieodwracalne zmiany.

Ubytek wody, rzędu 15-tu procent.

Wszystko ze mnie wypłynie. Złe i dobre chwile.

Gryzące myśli.

Światłe momenty.

I nie będzie już nic.

Będzie cicho. Będzie spokojnie.

Tak... obojętnie.

Thursday, 21 January 2010

Wrócę.

Szał.

Zamknięty w mojej głowie.

Coś tam huczy... coś tam buczy.

Wwierca się w komórki mojego mózgu strach.

A co jeśli ja już nigdy nie będę szczęśliwa?

Co jeśli to co odpieram na stan przejściowy jest stanem... stałym?

Ostatecznym?

Czy plusem jest zejście istnienia Be. na drugi plan?

Czy to pozytyw?

Coś kosztem czegoś.

Mamo... Tato... ja wrócę.

Ja pomogę.Będę dla Was, tak jak i Wy byliście dla mnie przez 19 lat mojego życia.

Obiecuję...

Friday, 8 January 2010

Postanowienie?

Kłótnia.

O co poszło?

Nikt już nawet nie pamięta.

Finał jak zawsze ten sam.

Przypominamy zwierzęta, małe skowyczące psy. Koniecznie z podkulonym ogonem i uszami na płasko.

Szukam spokoju, chcę odpłynąć w zdrowy, bezpieczny sen.

Be. stuka do drzwi mojego umysłu.

Zajadam stres.

Nowy rok niczego nie zmieni.

Każdy ma swoje głupie postanowienie.

Ile z niego wychodzi?

Przyznajcie się...

No tak, nic nie wychodzi.

Brak motywacji.

Brak stabilizacji.

Nie postanawiam już, że będę silna.

Bo to i tak tylko puste słowa.