Saturday, 30 May 2009

Kryzys?

Coś się dzieje.

Dobrego. Niedobrego.

Trudno powiedzieć.

Z jednej strony...

Poszłam dziś do sklepu... z chęcią obkupienia się po prostu wszystkim.

Wyszłam z niczym.

Ulga?

Nie wiem.

Dlaczego tam poszłam?

Kryzys?

Nie wiem.

Nie znalazłam tam nic, co byłoby interesujące.

Coś... na co miałabym ochotę.

Chyba zaczynam znów czuć jak smakuje jedzenie.

Ale... dlaczego tam cholera poszłam?

Dlaczego o tym w ogóle pomyślałam?

Friday, 29 May 2009

Letnia sukienka.

Cześć... Wam. Ci.

Dziś założyłam letnią sukienkę.

Bajeczną, mieniącą się tysiącem odmian błękitu.

Tak, niebieski to mój kolor.

Zaczynam kochać siebie.

To kolejny krok.

Akceptacja.

Kilogram w tą, czy w tamtą.

Co za różnica.

Wnętrze to samo.

Aż sama się sobie podobam.

Przyciągam dziś spojrzenia.

I dobrze mi, chociaż serce wciąż boli.

Trochę. Troszeczkę.

Ale z tym też dam sobie radę.

Bo dzielna ze mnie dziewczyna!

Wednesday, 27 May 2009

Równowaga.

Coś się traci... coś się zyskuje.

Straciłam serce, ale... odzyskałam przytomność.

Jakby ktoś wymierzył mi policzek, który boli...

ale cuci.

Dziś w moich dniach pojawia się dużo uśmiechu.

Co więcej, dziś czuję, że żyję.

To chyba dzięki ludziom, którzy mnie otaczają.

Boże... Tyle w ostatnim czasie dostaje dowodów miłości.

Naprawdę Im dziękuję.

Wiele zawdzięczam.

Tak... Boję się, że to tylko taka cisza przed burzą.

Ale... Tych kilka pozytywnych dni w moim życiu, dużo mi dało.

Daje.

Bo jak narazie się trzymam.

Czuję się silna.

Czuję się wolna.

Tuesday, 26 May 2009

Normalna.

Skąd ten przypływ motywacji?

Nie ma co ukrywać.

Rzucił mnie facet.

Aż się muszę tutaj uśmiechnąć.

Bo wiecie co?

To wbrew pozorom dało mi siłę.

Serio.

Było źle.

Było tak źle... że gorzej być nie mogło.

Ale... to jak odbicie się od dna.

Cóż mogę powiedzieć...

Jest normalnie.

Zjadłam normalnie.

Zrobiłam normalne zakupy.

Poszłam normalnie z koleżanką na kawę.

Na siłowni spędziłam normalne dwie godziny.

Boże... jakie to dziwnie pozytywne uczucie.

Być zwyczajnym.

Tak po prostu.

Monday, 25 May 2009

Chcieć znaczy móc.

Nadeszło moje Jutro.

Czuję to.

Jakoś się zbieram

...pozbieram.

Muszę.

Mało to świat widział pogrążonych w otchłani depresji ludzi?

I jeszcze Ja.

Natalia.

Bez Be.

Jej już nie będzie.

Gdzie jest?

Nie wiem, ale dziś nie ma jej ze mną.

Czy wróci?

Nie.

Bo ja tego nie chcę.

Sunday, 24 May 2009

Ból.

Nadeszła noc.

Jestem tak strasznie zmęczona.

Ale nie zasnę.

Nie potrafię już spać. Nie potrafię śnić.

Skutki uboczne magicznych zielonych pigułek?

Nie...

To chyba przez ten ból.

Taki w środku.

Niefizyczny.

Niezbadany.

Boli mnie.

Ciało.

Dusza.

Dziś wezmę znów nożyczki.

Kolejna blizna.

Ulga.

Może uda się odpłynąć w sen.

Tuesday, 19 May 2009

Umieram.

Obudziłam się dziś wcześnie. Która to była... 4, a może 5-ta?

Boli mnie wszystko. Wszyściutko...

Wczoraj żygałam z dobrą godzinę.

Czasem myślę, że ja aż proszę się by mnie przyłapać.

Na gorącym uczynku. Z palcami w buzi.

Godzinny prysznic.

Wpadłam znów w ten mój bulemiczny tryb życia.

Kilka miesięcy przerwy zaowocowało jeszcze potężniejszym nawrotem.

Wczoraj poszła mi krew z nosa. To już drugi raz w ciągu tygodnia.

Czy... czy ja umieram?

Powiedzcie mi...

Mam takiego doła, że już nawet nie widzę nic na oczy.

Łzy przesłaniają wszystko.

Mam tego dosyć.

Mam dosyć... siebie samej.

Dlaczego do cholery jestem tak słaba?

Dlaczego...?


Monday, 18 May 2009

!.

Znajdziecie mnie w toalecie.

Dziewczyna, która obejmuje czule kibel... to ja.

Sunday, 17 May 2009

Świnia - part 2.

Tych kilka dni obżarstwa zrobiło swoje.

+ 3 kg.

Dziwne... gdzie to wszystko jest.

Owszem, brzuch wydaje się być trochę większy, ale poza tym?

Hmm... no tak.

Czuję jak moje ramiona pokrywają się grubą warstwą tłuszczu.

Uda... Udzicha.

Fuj.

Zaraz zaczną wymiotować, na sam swój widok.

Jestem obleśna.

Nie tylko zachowuję się jak świnia.

Ja... wyglądam jak ona.

Boże... mam dość.

Saturday, 16 May 2009

Świnia.

Obudziłam się dziś... i już wiedziałam.

To będzie ten dzień, kiedy wydam masę pieniędzy.

Nie na nową parę butów, torebkę, dwie koszulki.

Nie tak jak zrobiłoby to 99% normalnych kobiet.

Muszę coś zjeść...

Nie.

Ja muszę się nażreć.

Jak świnia.

Chipsy zagryzać batonikiem, by zaraz poczuć posmak pomidorowego sosu i wsysać w siebie nitki makaronu. Litr słodkiej coli. A zaraz potem pół kilo sernika.

Lody...

Mhhmm...

Mhhmm...

Nienawidzę siebie.

Jutro muszę obudzić się będąc inną.

Pieprzone tabletki. Nie działają.

Do cholery!

NIE działają!

NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE DZIAŁAJĄ!

Jaka jest różnica między mną a moją matką alkoholiczką?

Jaka jest różnica między bulemikiem a alkoholikiem?

Alkoholicy nie muszą pić by... żyć.

A dla mnie?

Jedzenie to wróg.

Tuesday, 12 May 2009

Dylemat.

Trzymam się. Nie puszczam ;]

Haha.

Zabawne.

Jakoś leci... Od ostatniego obżarstwa mija drugi dzień.

Dziwne... nawet nie mam ochoty jakoś specjalnie jeść.

Czyżby tabletki zaczeły działać?

Czy pisząc to, wywołuję wilka z lasu?

Be.?

Jesteś tam?

Hmm... co tam u mnie?

Sesja w toku. Jeszcze trzy egzaminy i... fruuu... koniec.

Zastanawiam się czy polecieć do domu.

Tam zawsze ktoś jest. Ja i Be.? Nie przeszłoby... Więc może powinnam?

hmmm...

Monday, 11 May 2009

Gdzie one są?

Jest 1-wsza w nocy.

Co robi Natalia?

Gdzie Ona jest?

Aaa... pewnie siedzi teraz z Be. W toalecie.

Rozprawia się z pizzą, masywnym opakowaniem ciastek i dużą (największą dostępną w sklepie) paczką M&M'ów. Koniecznie tych z orzeszkami. Bardziej zatykają. Aczkolwiek preferuje czekoladowe.

Ahh... no i połówką bochenka chleba. Z wszystkim co znalazła w lodówce.

Pytanie:

Pewnie zastanawiacie się... Skąd się we mnie bierze ten cynizm?

Odpowiedzi nie ma.

Ale jest stwierdzenie:

- chyba tylko on mi pozostał.

Sunday, 10 May 2009

Musli.

Znowu pękłam.

Wczoraj zjadłam (uwaga!) prawie kilogram musli.

Skończył się jogurt, dorwałam śmietanę. Mleko. Wodę... Dżem.

Najgorsze jest to, że nie potrafiłam tego zwrócić.

Przeklęte musli.

Kompletnie utkwiło.

Czuję... że przytyłam.

Moje uda... Jakby 10 centymetrów w ich obwodzie przybyło.

7 tabletek przeczyszczających.

Brzuch = balon.

Ja = idiotka.

Saturday, 9 May 2009

100 lat...

Dzwoniłam dziś do domu. Podobno jest lepiej... Zapisali się na terapię.

Dziwne... jak się coś wali to od razu całkowicie... I odwrotnie.

Jestem tak daleko od Nich. Leczę się ja. Leczy się moja rodzina.

To będzie 4-ty dzień.

Kolejna zielona pigułka.

Czy będzie dobrze?

Za wcześnie by oceniać...

Lodówka pełna. To znaczy, taka jaką każdy przyzwoity człowiek powinnien mieć.

Jajka, mleko, kurczak, trochę jarzyn.

Nie ulegną dziś pokusie... Proszę nie.

Dziś urodziny obchodzi ktoś, kto dużo dla mnie zrobił.

Prawdopodobnie jedyna osoba na tym świecie, za którą... oddałabym życie.

Nawet teraz, gdy Ty nie chcesz mnie już znać.

100 lat... 100 lat...

Thursday, 7 May 2009

Placebo.

To już drugi dzień...

Zielona tabletka. Jedna na dzień.

Takie maleńkie 'coś'.

Pewnie nie zaczęło nawet działać w moim organiźmie... a ja już czuję się lepiej.

Takie placebo.

Mam cel.

Schudnę.

Wyzdrowieję.

I pozbędę się tej cholernej depresji.

Na dzień dzisiejszy: 58 kg żywej mnie. I 170 centymetrów.

P.s.

Boję się, że... Nadzieja jest faktycznie matką głupich.

Wednesday, 6 May 2009

Będzie dobrze!

Nie wierzę. Sama sobie nie wierzę. Byłam dziś u lekarza... Tak po prostu, źle się czułam... I wyszło, że... powiedziałam jej wszystko. Wszyściutko.

Mam leki.

I idę do psychologa.

Zaczynam walkę. Będzie dobrze.

Musi być.

Coś jeszcze... Powiedziałam o tym komuś mi bardzo bliskiemu.

Nie nazwę Go 'przyjacielem'. To zbyt mocne określenie.

Po prostu dobremu znajomemu.

Jak to się stało?

Hm... Zauważył blizny na moich nadgarstkach. Zapomniałam założyć dziś zegarka.

Skłamałam, że to tylko skaleczenie. Ale... czułam się źle. Nie potrafię już tak dłużej kłamać komuś w oczy. Szczególnie ludziom, którzy na to nie zasługują.

A potem... Rozmowa.

Taka szczera. Pod wpływem chwili.

Ostatecznie... Popłakaliśmy się.

Nad samymi sobą. Nad tym co Nas bolało. Boli.

Nie wierzę... Dziś czuję, że będzie ok.

Punkt zwrotny w mojej historii.

Dzięki Ci Grzesiu.

Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy.

I tak, obiecuję Ci...

Zadzwonię, gdy będzie mi źle.

Tuesday, 5 May 2009

Zła.

No k***** mać.

Wybaczcie...

Jestem zła. Cholernie zła. Tak zła, jak... byłam ostatnim razem gdy ktoś mi przerwał.

I jak ja teraz mam pozbyć się dwóch Marsów, dwóch Twixów i... dwóch bochenków chleba z dżemem?

No jak do cholery?

No cóż. Wezmę tabletki. Najlepiej 8 albo 9.

Ale mnie będzie bolał jutro żołądek. A raczej jelita.

Wszystko.

Ale muszę.

Zauważyłam, że zawsze zaopatruję się we wszystko podwójnie. Na wszelki wypadek, gdyby jeden produkt okazał się niewystarczajacą ilością.

Że też, idąc na ten spacer, musiałam spotkać znajomego, który zaproponował gotówkę.

I znów miałam na chleb.

Kurwa.

Sorry.

Monday, 4 May 2009

Wakacje!

Nie mam siły się uczyć. Kompletnie. Nie mam siły na nic.

Nawet jeść mi się nie chce.

Bo i tak nie ma co. Lodówka pusta. Naprawdę.

A w szafkach? Trochę cukru, trochę mąki, parę 'Gorących kubków'.

Pewnie jak mnie coś najdzie to i z tego coś stworzę. Jestem geniuszem w kwestii 'robienia czegoś z niczego'. Taaaak...

Siłą rzeczy nie będę nic jeść. Kart bankomatowych też się już pozbyłam.

Desperacja, co?

Ale muszę tak zrobić... Muszę.

Jak będę jeść? Hmm... tego jeszcze nie wiem. Coś wymyślę.

Czuję pewnego rodzaju ulgę. Że nie ma wokół nic, co mogłoby kusić.

Że nie mam jak iść do sklepu i obkupić się w wszystko co jest tam dostępne.

Taka mała głodówka.

Przemyślę siebie, mój żołądek odpocznie.

Należy nam się.

Wakacje. Hej, hej!

Sunday, 3 May 2009

Powiedzieć...

Cieszę się, że mam szanse spisywać tu swoje myśli. Żałuję tylko, że zaczełam to robić ta późno... Bo to przynosi taką ulgę.

Napiszę to, na co napisanie mam ochotę. Nikt nie osądzi, nie nakrzyczy.

Raz próbowałam powiedzieć komuś o swoim problemie.

Raz.

I już więcej nie spróbuję.

Bo bulimia dla większości to nie choroba. To zabawa, w którą bawią się spragnione uwagi nastolatki.

'Skończ to robić, bo będziesz bezpłodna'.

Tak właśnie mnie skomentowano.

Co ja na to?

Z tego bólu i żalu... Pocięłam się.

Delikatnie... Zamiast jeść, obserwowałam jak krew spływa mi po nadgarstku.

Ulga... Do teraz czasem to robię.

Saturday, 2 May 2009

Kolejny dzień...

Roznosi mnie dzisiaj. Myślę obsesyjnie... O tym, co by tu zjeść. Czy to się kiedyś do cholery skończy? Jedzenie nawet nie smakuje. Nie czuję jego zapachu.

Dajcie mi papier.

Co za różnica?

I tak wyżygam.

Więc po co jeść?

Zaczynam się bać. Naprawdę już siebie nie kontroluję. Może to przez sesje?

Podobno, każdy je więcej...

Tak, tak... Wmawiaj sobie Natalio, wmawiaj.

Friday, 1 May 2009

...

A miało być tak pięknie... Mogło być tak pięknie.

Dzwoniłam dziś do Ojca. Znów płakał. Boże... co tam się dzieje!?

Chciałabym tam być... Jakoś Mu pomóc.

Kontrolować Matkę.

Znów zaczeła pić.

Widzicie.... podobno każda choroba psychiczna spowodowana jest jakimiś traumatycznymi przeżyciami z dzieciństwa...

Moja Matka piła. Pije.

Czy fakt tego, że ma ciężkie życie usprawiedliwia ją?

Czy fakt, tego że pije, usprawiedliwia mnie?

Pamiętam strach. Leżałam w łóżku, nasłuchiwałam każdych kroków na klatce.

Idzie, nie idzie? Ona nie ona?

Zegar w salonie wybijał godzinę za godziną.

A wraz ze mną czekał mój Tato.

Czy znowu wybuchnie awantura?

Te kamienie w żołądku nie dawały spać.

Tłamsiły, dusiły... jak i łzy, które nauczyłam się połykać.

Dlaczego właściwie o tym piszę? Nie wiem... jakoś tak. Ta rozmowa wytrąciła mnie z równowagi.

Myślałam, że uciekłam od tego gówna.

Niestety... To wciąż się za mną wlecze.

A teraz wybaczcie... Idę coś zjeść.

Muszę. Nie daję rady.