Saturday, 19 December 2009

Gra.

Biel śniegu, tak neutralna razi w oczy.

Wgryza się w źrenice.

Nie potrafię spać, więc obserwuję smętny kawałek trawnika przed domem.

Powoli noc przechodzi w dzień.

2 tabletki na sen nie pomagają.

Płytki, nerwowy sen, zaorany jest chorymi wizjami mojej chorej głowy.

Czuję się... staro.

Na mojej, ołowianej niczym twarzy sztuczny grymas robi za uśmiech.

Moje życie to jak cholerna gra w domino.

Jak się wali... to wszystko.

...a naprawić tak trudno.

Cholerna gra, złośliwość Boska.

Masz rację, zmieniłam się.

Ale ciągle, na nowo, staram się wygrzebać coś z tych ruin starej mnie.

Na przekór wszystkiemu, wznoszę się i upadam.

Złośliwie.

Taka już moja natura.

(nie)młoda, a gniewna.

Thursday, 17 December 2009

'Rodzinny'.

Jestem w domu... rodzinnym.

W tym konkretnym przypadku, przymiotnik ten nie równa się słowom: 'ciepły', 'bliski', 'bezpiczny'.

Nie... to tylko zimne określenie stanu posiadania.

Dom. Rodzinny. Dom. Mamy. Taty.

Nie Ich wspólny... nie.

Boli mnie żołądek. To chyba ze stresu...

Chcę pobyć sama, choć na chwilkę.

Nie... tu prywatność nie istnieje.

Nie... gdy dzieli się pokój z Ojcem.

Jego wieczna ucieczka.

Chce jeszcze zachować pozory, że nie jest tak źle.

Że Matka znów ma taki 'gorszy dzień'.

Który to już z kolei?

Jak tylko się ściemni... pójdę na spacer. Do lasu.

Wypalę z nerwów papierosa. Może i dwa.

Śmieszne... ja nawet nie lubię palić.

Pomyślę sobie troszkę.

Przecież to lubię...

Pomarzę sobie troszkę.

O tym... jak to jest być zdrowym,

mieć normalną, kochającą się rodzinę,

że jak wrócę... wszystko będzie po prostu ok.

Tak dużo przecież nie wymagam?

Thursday, 10 December 2009

...

Nie wiem co się dzieje.

Po prostu... siedzę i płaczę.

Łzy sączą się z tych moich niebieskich oczu.

Teraz bardziej szarych... Jak zza mgły.

Straciły już dawno swój blask.

Wraz z zanikiem prawdziwej mnie.

Płaczę nad sobą, uświadamiając sobie z każdą kolejną słoną kroplą żałosność tej chwili.

Upokarzam siebie, próbując przelać tu choć odrobinę swoich emocji.

Czytam listy. Takie stare... Takie piękne.

Czytam wiersze.

Gdzie to jest?

Stracona na zawsze przeszłość.

Proszę Cię, nie... ja błagam.

Pozwól choć części wspomnień wtopić się w tą rzeczywistość.

Błagam.

X?

Tuesday, 1 December 2009

Zostanę filozofem.

Boli mnie czasem serce.

Tak metaforycznie.

W takich momentach choć ból preszywa na wskroś... czuję, że żyję.

Śmieszne, prawda?

Ten ból... pokazuje, że nie jestem jeszcze taka martwa.

Zdolność odczuwania emocji.

Srajnych, bo skrajnych, ale... emocji.

Nie jestem kamieniem.

Ten ból... jak go opisać?

To wspomnienia.

Zarówno dobrych jak i złych chwil.

Teraz rozumiem, co znaczy tęsknić.

Tak prawdziwie, tak intensywnie.

Tęsknić...

Do tej małej, bezbronnej dziewczynki jaką kiedyś byłam.


Friday, 27 November 2009

Chrzest.

Tik... tak... Tik... tak...

Nie potrafię się na niczym skupić.

Drażni mnie każdy szelest, każdy szept.

Wskazówki na zagarze poruszają się swoim monotonnym tempem.

Minuta w tą, czy w tamtą.

Jestem bulemiczką.

Uświadomienie sobie tego faktu to miał być 'początek końca'.

Gówno prawda.

Ja wiem to już od dawna.

Czy to coś zmieniło? Zmienia?

Pomaga?!

Poświęciłam dziś kibel w nowym mieszkaniu.

To miał być mój magiczny kąt, coś dzięki czemu moje życie się odmieni.

Poświęciłam go... Ochrzciłam...

Nienawidzę tego.

Tak bardzo...

...........................................................nienawidzę!

Tuesday, 10 November 2009

...

Wspomnienia osiadają na budynkach.

Na drzewach. Chodnikach.

Otaczają z wszystkich stron.

Nie chcę się w nich pogrążać. Błagam by odeszły. By wyparowały. Jak poranna mgła.

Dlaczego jest tutaj tak przeraźliwie smutno?

Cholerna szarość dnia odbiera jakąkolwiek formę radości.

Nie potrafię już spać.

Intensywne myślenie mi na to nie pozwala.

Czuję się winna.

Nie potrafię zaakceptować tego, że ludzie przychodzą i... odchodzą.

Pragnę mieć wszystkich.

Cieszyć się ich obecnością.

Czy to źle?

Znów ogarnął mnie kryzys.

Chcę do domu.

Chcę w Wasze bezpieczne ramiona.

Tuesday, 3 November 2009

Czerwone wino w listopadzie.

Budzą mnie dziś krople deszczu.

Jego wszechobecne dudnienie.

Odwracam się na drugi bok, tak bardzo chcę powrócić do snu.

Nie pozwolić ulecieć jego ostatniej minucie.

Która to godzina?

Pokój pogrążony w ciemności.

5-ta? 6-ta?

No tak... nastał listopad.

Teraz pochmurne noce pochłaniają dni.

Gryzą ich promienie.

Mimo to... lubię ten miesiąc.

Jest taki dumny.

Pełen tej groteskowej melancholii.

Czerwień październikowych liści przeistacza się w burość.

Aż chce się złapać olbrzymi kielich pełen krwistego wina.

Upijany stopniowo, wsiąka w nasze wargi.

Soczyste już usta.

Nabierają tego posmaku.

...tylko kominka z trzeszczącymi płomieniami brak.

Thursday, 29 October 2009

Czekolada.

Jestem uzależniona.

Nowy wymiar Be.

...czekolada.

Nawet teraz na myśl o jej śmietankowej konsystencji w moich ustach,

dostaję drgawek ;)

Jestem chora. Tak. Chora.

Na czekoladę.

Każda jej forma,

to sztuka.

Jest 9 rano...

Marzy mi się taka rodzynka, otoczona mleczną powłoką.

Nie... marzy mi się ich cała paczka!

Grrr... Oj głupia ja, głupia!

Tuesday, 27 October 2009

Nowy dom. Paradoks.

Coś smutnego znów wkradło się w moje życie.

Jak mam się tego wyzbyć, skoro nawet nie potrafię owego strapienia zdefiniować?

Tak wiem, pewnie znów sobie coś wmawiam.

Wyolbrzymiam swoje problemy.

Może to ta pogoda?

Dni wypełnione szczelnie deszczem. Paradoks.

Niesprzyjająca aura.

Ale już niedługo.

Może już niedługo.

Oby.

Własny ciepły kąt.

Przetarty dywan z czerwono- niebieskie wzorki.

Odgłos syczących płomieni w kominku.

Chcę tam być. Leżeć na ciężkiej, drewnianej podłodze.

Chcę być odkrywcą własnego sufitu.

Wynajdować na nim nowe gwiazdy. Całe galaktyki.

Zanurzać się w przestrzeń pomieszczenia. Paradoks.

Pełna jestem sprzeczności. Myśli równie bezsensownych jak i próżnych.

No cóż, taka już jestem.

Wiem też, że potrafię się poświęcać.

Wiem to. Wiem.


Monday, 26 October 2009

Tabula Rasa.

Be. coś za często się ostatnio odzywa.

Łapiąc moje myśli, koncentruje je na sobie.

Skąd u niej ten spryt? Ta przebiegłość...

A może... Skąd u mnie ten spryt? Ta przebiegłość...

Nie. Wolę się usprawiedliwiać i głośno twierdzić, że ja i Ona to dwie inne osoby.

Z kompletnie różną osobowością.

Dziś poniedziałek.

Na nowo rozpoczynam swoje życie.

Tak dobrze powiedzieć sobie: 'Zaczynam nowe życie'.

Wielkie Tabula Rasa, rozbudzona we mnie idea Arystotelesa.

Dziś... jeśli się uda, rozpocznę moje małe, osobiste odliczanie.

Do puli szczęścia.

Tak więc... Trzymajcie kciuki.

Niektórym nawet pozwolę się za to pomodlić.

Friday, 23 October 2009

Zmiany.

Czas... na zmiany.

Takie pozytywne... Takie, które warto realizować.

Takie... na które dobrze było czekać.

Takie, które najprostrzymi słowami mówiąc... niosę radość.

Nie mam czego się bać.

To tak jak oglądanie horroru w kinie, gdy ktoś trzyma Cię za rękę.

Czasem emocje biorą górę, strach łapie za gardło, krzyk zamiera w ustach.

Ale czujesz jak zaciskają się wokół Twojej dłoni te palce.

I to ciepło jakie produkują.

Czujesz jak rozlewa się falą.

Lekkie dreszcze przebiegają Cię na wskroś.

Mrowienie.

I wiesz, że nie jesteś sam.

Jest ktoś obok.

Dobra dusza.

Otaczający opieką Anioł.

A Wy macie swojego?

Thursday, 1 October 2009

Październik.

Nadszedł październik.

Dziwnym jest mechanizm odczuwania przepływu czasu.

Dni dłużą się czasem w swojej monotonii.

Czasem godzina staje się minutą.

Czas to zdecydowanie zjawisko relatywnie rozciągłe.

Droga, którą przebywałam wczoraj do 'domu' rozświetlał księżyc.

Jego pełnia.

Cudowny widok, który wymusza ten najprostszy rodzaj radości.

Obcowanie z pięknem. Naturalne. Niewymuszone.

Dlaczego czasem o tym zapominam?

Świat nie jest zły.

Ludzie nie są podli.

To my...

To przecież my kaleczymy wszystko.

Przestajemy widzieć.


Monday, 28 September 2009

Kapuśniak.

W kuchni unosi się zapach dzieciństwa.

Na gazie, lekko pyrka gar pełen kapuśniaczku.

Pewnie, gdybym siedziała tam z zamkniętymi oczyma, potrafiłaym wyobrazić sobie Mamę.

Lekko zdenerwowaną, nigdy przecież nie lubiła towarzystwa w kuchni.

Jak gotowała, oczywiście.

Wbrew wszystkiemu co się wydarzyło.

Wszystkiemu przez co nękała mnie bezsenność.

Wszystkiemu przez co się bałam i cierpiałam.

Kocham Ją. Nad życie.

Mój pierwszy w życiu kapuśniak.

Chciałabym by miała okazję go spróbować.

Zasugerować coś.

Udzielić zwykłej, mamijnej rady.

Niestety nie ma Jej przy mnie.

Ani Jej, ani Taty, ani M.

Jestem sama. Znów.

Nie... ja nie jestem sama, jestem.... samotna.

A to przecież zasadnicza różnica.

Saturday, 26 September 2009

Dom.

Jak ten czas mija. Nawet się nie obejrzę, a zostawię za sobą 40 lat życia.

A każdy rok będzie rokiem zmarnowanym.

Na myślenie, na planowanie, na... cierpienie.

Nie. Nie jestem szczęśliwa.

Chyba już nigdy nie będę. Czuję, że utknęłam w chaosie zepsutych dni.

Ja sama sieję tylko zniszczenie.

Wszyscy cierpią, cierpię i ja.

Naprawdę się staram coś zrobić, wydostać z tego emocjonalnego zastoju.

Ale brak mi już sił, tyle razy próbowałam.

Chcę wyjechać. Wrócić.

Nie ma na co czekać.

Myśleć o konsekwencjach i... żałować, że marnuje się kolejny i tak zmarnowany dzień.

Mówią, że dom jest tam gdzie serce Twe.

Ja nie mam już serca.

Więc chcę być chociaż w miejcu, na którym zbudowane zostały cudowne wspomnienia.

Thursday, 24 September 2009

Breath me.

"Help, I have done it again
I have been here many times before
Hurt myself again today
And, the worst part is there's no-one else to blame

Be my friend
Hold me, wrap me up
Unfold me
I am small
I'm needy
Warm me up
And breathe me

Ouch I have lost myself again
Lost myself and I am nowhere to be found,
Yeah I think that I might break
I've lost myself again and I feel unsafe

Be my friend
Hold me, wrap me up
Unfold me
I am small
I'm needy
Warm me up
And breathe me"

http://www.youtube.com/watch?v=wbP0c9TZfzM

Tuesday, 22 September 2009

Spacer po parku.

Czas otworzyć pudełko z herbatą jabłkowo - cynamonową.

Tak. Niestety, to moja tak zwana herbata na gorsze dni.

Źle mi, jak mi źle.

Czuję, jakby moje życie gdzieś się zakończyło.

Czas przelewa mi się przez palce.

Czuję zimno.

Chłód ogarnia całe ciało.

Utknęłam.

Zgubiłam siebie.

Gdzie jestem?

Papieros za papierosem.

Nawet nie czuję jak żar pali opuszki.

Moje dłonie. Kiedyś zamykałam w nich szczęście.

Smutek w oczach. Przesiąknietę nastały nim dni.

Jesień. Nadchodzi pełnymi krokami.

Kolorowe liście? Nie ma.

Marzy mi się spacer po parku.

Z płucami pełnymi świeżego powietrza.

Rześko.

W marzeniach siedzę na ławce. Obserwuję ludzi.

To chłodny, aczkolwiek słoneczny dzień.

Gwar rozmów. Szum drzew.

Gdzie to jest? Gdzie...

Motywator.

Jestem silna. Silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.

Przynajmniej jeśli chodzi o (nie)jedzenie.

Fizycznie czuję się coraz lepiej. Kilogramy lecą.

Tak jakbym wracała do swojej normalnej, stabilnej wagi.

Wpadki?

Zdarzają się, owszem.

Ale wtedy nawet i wówczas, nie jem tyle ile zjeść mogłam wcześniej.

To wydaje się niesamowite.

Jak mogłam tyle w siebie wpakować?

Motywator:

"Wchodzisz do kuchni. Widzisz ciasto. Ułamek sekundy wystarczy, by porzucić wszystkie zasady. Ale nie musi tak być.
Wcale nie jesteś głodna. Jadłaś już dzisiaj i piłaś. To tylko głód emocjonalny. Wcale nie musisz się objadać, a potem ciąć. Płakać i tyć.
Nie patrz na jedzenie. Usiądź, pomyśl.
Głodu emocjonalnego nie zaspokoisz jedzeniem. Przytyjesz tylko i znowu będziesz płakać. Zastanów się, wystarczy tylko trochę silnej woli. Odwróć zwrok. Zamij się czymś. Może pomalujesz paznokcie? Albo poćwiczysz. Pouczysz się, poczytasz książkę?
Nie rozwiązuj swoich problemów jedzeniem. Nie zajadaj smutków. Wypij gorącą herbatę. Oddychaj głęboko, otwórz okno. Już jest ci lepiej, widzisz? Jesteś lekka. Lekka. Wygrałaś.
Jestem z ciebie dumna. Takie małe sukcesy tworzą wielki sukces, do którego ciągle dążysz. On jest już coraz bliżej.
W nagrodę kupię ci coś fajnego, coś, w czym będziesz wyglądać pięknie.
Myśl o swoich problemach. O tym, co cię denerwuje, drażni. O tym, co cię boli. Pij herbatę, nie jedz. Pamiętaj, że jesteś silna i nie musisz objadać się ze smutku. Problemem nie jest twój problem, lecz twoje do niego podejście. A jedzenie niczego nie rozwiąże, nie poprawi.
Jesteś silna. Wierzę w ciebie."


Panować nad sobą to najwyższa władza.

Ludzie dookoła twierdzą, że jem za mało.

Dziwne. Gdyby widzieli. Gdyby wiedzieli.

Wcześniej, kiedyś, 3 miesiące wstecz.

Stres. Ból. Strach.

Trzy czynniki, ich wpływ na mnie zabójczy.


Saturday, 12 September 2009

Do X,

Już tego nie czytasz, prawda?

Pochłonięty odbudową swojego życia, myślisz... Jest dobrze, więc nie będę nawet pytał.

Satysfakcjonują Cię proste pytania i jeszcze prostsze odpowiedzi.

Przykro mi.

Tak strasznie mi przykro.

Bo... to co zwykliśmy nazywać miłością zbudowane było na czymś znacznie mocniejszym.

Fundamenty przyjaźni.

Chyba się myliłam.

Wierząc w nieskalany charakter tej relacji.

Ty wiesz, że ja tęsknię.

Taką czystą kwintesencją tego odczucia.

Ty?

Wiem, że też.

Tylko tłamsisz to.

Nonsens.

Zadzwonisz?

Może nie dziś... nie jutro.

Przyszłość. To takie masywne słowo.

Dosłownie i w przenośni.

Przyjdź... zrobię Ci swoje ulubione kakao z cynamonem.

Wiem, że je pokochasz.

Przecież Cię znam...

I to lepiej niż sam byś sobie tego życzył.

Saturday, 5 September 2009

Mijają wrześniowe dni.

Tak wrześniu mój drogi.

Ty póki co, jesteś ze mną.

Wraz z każdym Twoim przemijającym dniem, oddalam się od Be.

Dziś już 5-ty...

Pamiętam, kiedyś każdy dzień bez moich 'uczt' był wydarzeniem na skalę światową.

Teraz... mija jeden dzień za drugim.

I co?

I nic.

Nawet mnie do tego nie ciągnie.

Jem sobie spokojnie.

Chudnę sobie spokojnie.

I tylko patrzę się na swój coraz płaściejszy brzuch, nie katowany niczym.

Nie bombardowany dziką ilością jedzenia.

Nie przeczę. Czasem, w głowie budzi się ta myśl.

Ale odsuwam ją daleko.

Jak najdalej.

Nie, nie dam się.

Za dużo już osiągnęłam.

Thursday, 3 September 2009

...

Duszę się w tym przeklętym mieście P.

Chcę uciec.

Ale gdzie?

Jestem jak uwięzione zwierzę.

Miotam się po mieszkaniu jak ptak po klatce.

Papieros!?

Gdzie jest papieros?

Tęsknię.

Jak ja cholernie tęsknię.

Bezpieczna, kojąca przeszłość.

Wróć!

Tuesday, 1 September 2009

Wrzesień.

Czy z każdym kolejnym miesącem będzie lepiej?

Czy będę oddalać się od swojej Be.?

Oby.

Oficjalnie...

Witam Cię Wrześniu.

Nie uważacie, że to taki.. hm.. kochany miesiąc?

Dla mnie będzie on niezmiernie istotny.

Pełen zmian.

Obfitujący w postanowienia.

Będzie dobrze. Już przecież jest.

Wrześniu...

Ty zawsze byłeś moim miesiącem.

Nie zawiedź mnie więc tego roku.

Monday, 31 August 2009

Melancholia dnia dzisiejszego.

Szarości dnia nie rozświetla nawet łuna wschodzącego słońca.

Krople wczorajszego deszczu unoszą się wciąż w powietrzu.

Tak jakby utkwiły tam na zawsze.

Martwo.

Głucho.

Cisza uwięziła wszystkich i wszystko.

Pogrążam się w otchłani własnych myśli.

W ręku paruje kubek.

Kolorowy, mój ulubiony.

Wypełniony po brzegi gorącym, gorzkim kakao.

Z szczyptą cynamonu.

Ah. Takie dni.

Leniwe. Momentami nudne.

Ale jakże potrzebne.

Sunday, 30 August 2009

Duma.

Jestem z siebie dumna. Nie boję się tego powiedzieć.

Nie boję się tego stwiedzić.

Wylewam na samą siebie kubeł zimnej wody, gdy tylko zachodzi taka potrzeba.

Trzeźwo myślę.

Zmuszam się do zadawania sobie pytań.

Czy ja na pewno jestem głodna?

Czy to tylko znów Be. atakuje?

Czy jedna bułka to wystarczająca porcja?

Czy to tylko Be. ma ochotę na więcej?

Czy mogę pozwolić sobie na kolejne ciasteczko?

Czy to tylko Be. znów podeje mi je, wodząc na pokuszenie?

Takie coś męczy. Naprawdę.

Za dużo tematu jedzenia pojawia się wszędzie wokół.

Liczenie kalorii.

Obiecuję sobie, że jak tylko dojdę do tej swojej wymarzonej wagi, to wszystko się skończy.

Nie pozwolę sobie już wszystkiego zaprzepaścić, myśląc: 'i tak wyżygam'.

Nie pozwolę.

Friday, 28 August 2009

Leczenie.

Wdech, wydech...

Wdech, wydech...

Myśl Natalio, myśl.

Analizuj swoje zachowanie.

Ucz się na błędach, wyciągaj wnioski.

Gdy trzeba to walcz.

Przecież potrafisz.

Wiecie... dopiero w ostatnim czasie, zrozumiałam znaczenie słów: 'wszystko zależy od Ciebie'.

Wcześniej, nie były one dla mnie zupełnie jasne.

Przecież tak nie musi być.

To ja kontroluję swoje życie. Kontroluję samą siebie.

Dziś nie będzie ataku.

Nie pozwolę znów wpaść w ten wir.

Mogłam.

Byłam blisko.

Tego wyimaginowanego 'niebezpieczeństwa'.

Ale nie dałam się. Nie dam.

Powiedziałam sobie: 'nie', stawiając na końcu trzy wykrzykniki.

Moja wola. Moja silna wola.

Z czasem ilość wykrzykników się zmniejszy.

A potem magiczne słowo 'nie' będzie wymawiane w mojej głowie bez zbytnego o nim myślenia.

Daj sobie czas.

Na leczenie swojej woli.

Thursday, 27 August 2009

Mięsień.

Nie. Nie. Nie.

Jezu, nie.

Proszę.

Nie... ja błagam.

Zostaw mnie...

Be. Zostaw...

Kiedyś ktoś w jednej z rozmów porównał silną wolę do mięśnia.

Który wraz z czasem i wykonywanymi ćwiczeniami wzmacnia się.

Niestety, jak to w życiu bywa, na skutek przeciążenia może nastąpić kryzys i mięsień...

po prostu zaczyna boleć.

Naderwany.

Czasami wystarczy kuracja, przerwa.

Czasami, zniszczenie jest za duże.

Boże. Niech to będzie tylko kilkodniowa 'przerwa' na rzecz jego rekonwalescencji.

Proszę... Samą siebie.

Jakie to... żałosne.

Wednesday, 19 August 2009

Słabostka.

Już od kilku godzin walczę z samą sobą by się przyznać.

Dopadło mnie.

Przyszedł dzień, moment, sekunda.

Gdzie pogrążyłam się w otchłani jedzenia i wymiotów.

Ale traktuję to jako wypadek przy pracy.

Trudno, stało się.

Traktuję ten blog, jako pewnego rodzaju osobistą spowiedź.

Więc dlaczego mam ukrywać, że się potknęłam?

Kłamać? Oszukiwać?

Nie... Miałam być szczera.

Więc jestem,

a że jestem jaka jestem?

Cisza w głowie.

Analizuję. Dlaczego tak się stało? Nie wiem.

Ja chyba po prostu lubię się okaleczać.

Nie ma żadnego uzasadnienia.

Ale wstaję. Zrobię sobie listę tego co dziś powinnam zjeść.

Żeby nie znalazło się na niej nic więcej.

Znów będę myśleć, jakie to cudowne uczucie mieć pełne czekolady usta.

...i walczyć ze sobą.

No cóż. Taka już moja natura.

Natura Wojownika Światła.

Friday, 7 August 2009

Musi być.

Chłodno dziś... Ale rozgrzewam się nadzieją.

Na lepsze jutro.

Leżę na łóżku. Nogi w górze.

I myślę, myślę... myślę.

O wszystkim... i niczym jednocześnie.

Kuszę się myślami.

Prowokuję własne reakcje.

I... nic.

Kompletna pustka.

Jedzenie. Posiłek. Marchewka.

Wiem, że będzie zaniedługo dobrze.

Wednesday, 5 August 2009

Koniec wakacji.

Wróciłam... Długo mnie nie było.

Odpoczywałam. Przykry jest fakt, że bardziej od choroby niż codzienności.

To już niemalże miesiąc.

Bez wymiotów.

Bez kompulsów.

Boże... jak ja tego potrzebowałam.

Nie... nie wakacji.

Tylko kontrolii, takiej 24-ro godzinnej.

I słońca. Upałów.

Gdy ociekasz potem, nawet nie myślisz o jedzeniu.

Gdy ktoś jest obok, nawet nie możesz o tym myśleć.

Nie mogę zaprzeczyć. Były myśli.

Kuszące.

Dalej są.

Ale... czuję się silna.

I... w końcu najedzona po normalnym posiłku.

Dziwne to uczucie.

Być pelnym, ale tak normalnie pełnym.

Ale jak to mówią... nie można chwalić dnia przed zachodem słońca.

Tak więc - walczę.

Ale już nie sama.

Monday, 13 July 2009

Wojownik Światła.

Wiecie... Muszę tu jeszcze coś napisać.

Bo czuję... taki przypływ energii.

Jadę na wakacje.

I nieważne, że ze wraz ze mną jadzie nadprogramowe 10 kilogramów.

Zacznę walkę.

Na nowo.

Zamknę furtkę do tej części mojej podświadomości, która mówi mi, że jestem ciągle głodna.

Która każe mi zwracać to co zjadłam.

Kontrola. Walka. Samoakceptacja.

Bo jestem wojownikiem.

Czytam książkę.

A w niej mądra sentencja.

"Każdy wojownik światła bał się kiedyś podjąć walkę.
Każdy wojownik światła zdradził i skłamał w przeszłości.
Każdy wojownik światła utracił choć raz wiarę w przyszłość.
Każdy wojownik światła cierpiał z powodu spraw, które nie były tego warte.
Każdy wojownik światła wątpił w to, że jest wojownikiem światła.
Każdy wojownik światła zaniedbywał swoje duchowe zobowiązania.
Każdy wojownik światła mówił "tak", kiedy chciał powiedzieć "nie".
Każdy wojownik światła zranił kogoś, kogo kochał.

I dlatego jest wojownikiem światła. Bowiem doświadczył tego wszystkiego i nie utracił nadziei, że stanie się lepszym człowiekiem."

I ja... Stanę się lepszym człowiekiem.

Przecież potrafię.

Przecież chcę.

Dla siebie. Dla Ciebie.

Krew.

To już czwarty miesiąc na tym blogu. Kwiecień...

Maj...

Czerwiec...

Lipiec...

Każdego dnia starałam się walczyć.

Był czas, kiedy myślałam, że doczekałam się punktu zwrotnego w moim życiu.

Każdy dzień był walką.

Każdy dzień... jest walką.

Czasem lepiej, czasem gorzej.

Ale... teraz jest źle. Jest cholernie źle.

Nie uczę się na własnych błędach.

Nie ponoszę konsekwencji własnych czynów.

Nie wyciągam wniosków.

Wynikiem tego... krew.

Delikatnie sącząca się z moich ust.

Jej słodki smak?

Nie... Nie wiem.

Nic nie czuję.

Czy obrzydza mnie to? Czy szokuje?

Nie.

Bo ja przecież nic nie czuję.

Ani fizycznie, ani psychicznie.

Wyjeżdżam... Nie będzie mnie.

Uciekam od samej siebie.

Potrzebuję przerwy.

Może coś drgnie.

Może... Wrócę zdrowa.

Monday, 6 July 2009

Wspomnienia.

Oglądam zdjęcia. Niektóre z nich zrobione zostały lata temu...

Boże, jak wspomnienia bolą. Nawet gdy są to dobre wspomienia.

Tęsknię za starymi latami.

Gdy... tak naprawdę nie liczyło się nic.

Problemy?

Jakie problemy... Nie było żadnych. Nie istniały.

Dziś wyniszczam samą siebie.

Psychicznie - poprzez obsesyjne myślenie.

Fizycznie - poprzez katowanie przełyku palcami.

Chcę znów być tą małą dziewczynką.

Chcę znów być szcześliwą.

Chcę przytulić się do Taty.

Poprosić Mamę by zrobiła mi kanapkę z szynką i ketchupem.

Chcę iść na spacer do lasu.

Może przy okazji znaleźć trochę jagód.

Chcę... do domu.

Sunday, 5 July 2009

Ostatni raz.

Dzwoni telefon. Melodia rozbrzmiewa kilka razy.

Nawet nie sprawdzam kto to.

Siostra, On, dwie koleżanki.

Nie mam żadej energii w sobie.

Po prostu opadłam z sił.

Tak mi źle... tak strasznie mi źle.

Po policzku znów płyną łzy.

Jakoś się potem usprawiedliwie... Kłamać przecież potrafię.

Niesamowita ze mnie aktorka.

Niesamowita ze mnie idiotka.

Pozwoliłam sobie na masywny atak. Dawno tyle nie zjadłam.

Rozsadzało mi żołądek... A ja? Wciąż jadłam.

Wiedząc, że zwrócę.

Pozwoliłam sobie. W głowie zakiełkowała myśl.

Dziś ostatni raz.

Od jutra? Koniec.

Słowo 'jedzenie' przestaje istnieć w moim słowniku.

Bulemicy wiedzą... Lepiej nic nie jeść.

Można tak wytrzymać nawet kilka dni.

Ale jak raz się zacznie to... Nie można przestać.

Więc koniec.

Jak mam umrzeć.

To z głodu.

Friday, 3 July 2009

A myślenie miało nie boleć.

Nienawidzę! Nienawidzę bulimii!!!

Czuję się tak cholernie nieszczęśliwa.

Najgorsze jest te myślenie.

Chęć bycia samej.

W celu wiadomym.

Liczenie kalorii.

Kwestia czy możesz sobie pozwolić na dwie łyżeczi dżemu na toście czy może... tylko na jedną.

A potem...

To jak równanie. Jak 2 + 2.

Jedzenie + wyrzuty = wymioty.

3 palce w ustach.

Czasem 4... jak ciężko idzie.

Kilkanaście szklanek wody.

Czasem z solą.

Sposobów miliony.

Po jakimś czasie... wystarczy, że się nachylisz.

Samo z Ciebie wychodzi.

Wiem, to co piszę jest okropne.

Ale... prawdziwe.

Thursday, 25 June 2009

Łzy.

Dziś pękłam. Wybuchłam płaczem.

Łkanie. Zaduszanie się własnymi łzami, których nie chciałam nawet zatrzymać.

Pragnąłam by mnie ukoiły.

By przyniosły spokój, pomogły zasnąć.

Oczyściły.

By wraz z ostatnią, skończył się również ten koszmar.

Dlaczego płakałam?

Chyba nad sobą.

Nad brakiem kontrolii.

Sił. Motywacji.

Znów depresja po mnie sięga.

Nie chcę nikogo widzieć. Z nikim się spotykać.

Chcę być sama.

Przespać ten czas.

Obudzić się zdrową.

Silną.

Nienawiść.

To takie okropne słowo. Takie okrutne uczucie.

Niestety... adekwatne w stosunku do samej siebie.

Nienawidzę siebie.

Nienawidzę Was... bo nie wiecie jak mi pomóc.

Tuesday, 23 June 2009

Kłamczucha.

Kłamię... Boże, jak ja kłamię.

Wszystkich dookoła. Siebie, Go, Ciebie.

Chełpię się tym jak się dobrze trzymam.

Gówno prawda.

Żygam. Wszędzie. Po wszystkim.

Praca, dom?

Brak oporów.

3 prysznice.

No tak... Wersja dla współlokatorki:

'bo muszę zrobić sobie peeling'

'bo muszę zetrzeć zrogowaciały naskórek na piętach'

'bo muszę odnowić sobie french'a na paznokciach'

Wczoraj miła kolacja. Miłe towarzystwo.

Śmiech, muzyka, ciekawa rozmowa.

Ale w głowie ta myśl...

Mój żołądek... Jakby moje nogi musiały nosić skały stonehenge.

Nie. Ja nie jestem normalna.

Już zawsze będę chora.

Rozpadam się. Na kawałki.

Kawałeczki.

Które znikają za każdym razem gdy spłuczka idzie w ruch.

Saturday, 13 June 2009

...

No i znowu. Muszę zaczynać wszystko od początku.

Z jeden strony myślę sobie... 'co to za problem do cholery?'

Po prostu przestać.

Ale gdy przychodzi co do czego... Te wyrzuty.

Nie zrozumie ten, kto takich problemów nie ma.

Dziś matka wyjeżdza do domu.

To były długie cztery dni.

Ulga...

Jezuuu... muszę się wziąść za siebie.

Pulpet...

Friday, 12 June 2009

Dość.

Patrząc na ten blog, uświadamiam sobie, że to już nie jest taki zwykły pamiętnik.

To jak spisywanie najskrytszych myśli.

Analizowanie samej siebie.

Jestem taka rozdrażniona.

Samą sobą. Matką.

Chcę żeby pojechała już do domu...

Zakupy, spacery, kawa na mieście.

Mam dość.

W koło to samo.

Natalia. Turystyczna przewodniczka.

To samo gówno.

Boże... jestem tak spuchnęta od tego jedzenia, że aż ciężko mi się poruszyć.

Dlaczego łatwo się opychać w ukryciu, a tak trudno wymiotwać, gdy Matka jest za ścianą?

Niech już jedzie... Już jutro...

Dosyć. Dosyć.

Słuchania historii o tym jaka byłm słoda jak byłam mała.

Słuchania historii z życia ludzi, którzy z nią pracują.

Słuchania historii o tym jak jej źle, bo nie potrafi znieść własnej teściowej i ojca.

Dosyć, dosyć, DOSYĆ!!!

Chcę zostać sama.

Zakopać się pod kołdrą, marząc by ta przeklęta lodówka przestała kusić.

Thursday, 11 June 2009

Masywna.

Jezuuuuu, nie wiem co się dzieje.

To znaczy wiem... ale żeby aż tak?

Jestem głodna... Tak cholernie głodna.

Jestem gruba... Tak cholernie gruba.

A raczej spuchnięta.

Balon, masywna ja.

To chyba przez tabletki.

Nawet nie jem dużo.... a puchnę.

Waga: 62 kg.

Jezuuuu.... I te piersi. Fuj...

Pierwszy raz idąc ulicą, one się... hmm... kołyszą.

Dziwne uczucie. Spojrzenia mężczyzn.

Obleśne.

Dzikie świnie.

Chcę się schować. Przespać... kilogramy.

Jestem chora. Wiem.

Jestem głodna. Czuję.

Tuesday, 9 June 2009

Zniszczone marzenia.

Be. wróciła.

Ja już nigdy się jej nie pozbędę.

To we mnie wrosło, stało się częścią mnie.

Nawet mi się już płakać nie chce. Nic mi się już nie chce.

Psycholog?

Boję się tam iść... Zresztą co on mi powie?

Tak. Moje Be. niszczy mi życie.

Już je niesamowicie naruszyła.

Mam przynajmniej o co ją oskarżać.

Tylko... skoro ona jest częścią mnie to jak mam się jej pozbyć?

Przyjeżdza jutro mama... Na 4 dni.

Jak wyjedzie... pewnie wyjem resztki z lodówki, wyżygam je i... zacznę głodówkę.

Koniec.

Wolę już Anę niż Be.

Monday, 8 June 2009

Wielki come back.

Czuję obrzydzenie. Do samej siebie. Do swojego ciała. Do swoich myśli.

Do swoich palców.

Odetnijcie je.

Załamałam się. I... nawet nie mam sił się już podnieść.

Nie chce mi się już.

Walczyć z tym wszystkim.

Źle mi... Tak strasznie mi źle.

To co powiem wyda się głupie, ale...

Czasem myślę, że wolałabym mieć już anoreksję.

Byłabym przynajmniej 'czysta'.

Moje palce.

Moje dłonie.

Nie ważne jak często je umyję.

Ciągle czuję ten ostry zapach.

Tak wiem... jestem obleśna.

Ale nie będę przebierać w słowach.

Jestem Świnią.

Chyba nie zapomnieliście... Co?

Saturday, 6 June 2009

Przemyślenia z życia bulemiczki.

Dziś mam dzień wolny... Chciałam pojechać na plażę.

Wbić się w kostium kąpielowy, ukazując braki mego ciała.

Nie... jakie braki?

Jestem piękna.

Tak.

Pamiętam kiedy byłam chuda, tak przeraźliwie.

Czy byłam wówczas szczęśliwa?

Nie. Nie byłam.

Zawsze coś było źle.

Cholerna akceptacja własnej siebie.

Ale teraz jestem już kobietą.

Zaokrąglone biodra, pełniejsze piersi.

Nie mogę być wieczną nastolatką.

Bo do tego ideału chyba dążę. Dążyłam.

Myślę dziś dużo.

Próbuję się dobrać do mojej Be.

Poznać ją od środka.

Poznać jej psychikę.

Geneza problemu.

Dziś mogę sobie na to pozwolić. Czuję się mocna.

Nawet się nie boję. Zjadłam normalne śniadanie.

I czuję się... pełna. Nic bym już do ust nie włożyła.

No chyba, że czekoladę. Kosteczkę :)

Boże... jakie to cudowne uczucie.

Nie czuć tego głodu.

Friday, 5 June 2009

Wstępne podsumowanie.

Myślę, że etap wymiotów za mną.

Mija trzeci tydzień... Wiem, wiem...

Bulemikiem jest się do końca życia.

Upewniam się w tym, gdy czytam blogi innych cierpiących na tą chorobę.

Niektórzy myślą, że mają to za sobą... Mija miesiąc, dwa. A potem?

Wielkie bummmmm...

Ale ja myślę, że będzie ok.

Teraz muszę popracować trochę nad kompulsami.

Nie są duże.

Nie ma ich dużo.

Ale są. Ciągle.

A potem godziny na siłowni. Katowanie własnego ciała.

Boże... po co mi było to wszystko?

Ci którzy kochali, kochali szczerze...

Taką jaką byłam.

Nie ważne czy z dwoma kilogramami więcej.

Kalorie.

Przeklęte słowo.

Przeklęta ja.

Tuesday, 2 June 2009

...

Jestem zmęczona... Tak strasznie zmęczona.

Chcę się stąd wyrwać.

Na parę dni.

Jechać w świat... który mogę znaleźć chociażby za rogiem.

Za dużo myślę...

Za dużo pracuję...

Za dużo się martwię...

Ale jestem z siebie dumna.

Bo walka z Be. jest tak cholernie trudna...

Obsesja myślenia. Obsesja jedzenia.

Daję radę. Muszę.

Dzięki za wsparcie.

Jest mi ono potrzebne.

Nie biorę już swoich zielonych tabletek.

Wiem, nie powinnam tak po prostu przestać ich zażywać...

Ale chcę w końcu zasnąć...

Odpłynąć w ten upragniony, zdrowy sen...

Monday, 1 June 2009

...

Nie wiem... Nic już nie wiem.

Czy ja będę kiedykolwiek normalna?

Zatarła się granica.

Czy jeśli mam ochotę zjeść pudełko lodów w upalny dzień to to oznacza atak?

Wymiotowałam dziś. Tak.

Ale pierwszy raz, tak po prostu, bo zrobiło mi się niedobrze.

Be.?

To Ty?

Zjadłam małe pudełko lodów.

A zaraz potem trochę kapuśniaku.

Raptem 3 łyżki...

I zrobiło mi się źle.

Przeklęty kapuśniak.

Myślę, ze przez te ostatnie miesiące mój żołądek został tak podrażniony, że niewiele trzeba żeby mnie zmulić.

Nie zjadłam dużo. Naprawdę.

I nie zrobiłam tego specjalnie.

Więc... czy zgrzeszyłam?

Przeciwko samej sobie?

Saturday, 30 May 2009

Kryzys?

Coś się dzieje.

Dobrego. Niedobrego.

Trudno powiedzieć.

Z jednej strony...

Poszłam dziś do sklepu... z chęcią obkupienia się po prostu wszystkim.

Wyszłam z niczym.

Ulga?

Nie wiem.

Dlaczego tam poszłam?

Kryzys?

Nie wiem.

Nie znalazłam tam nic, co byłoby interesujące.

Coś... na co miałabym ochotę.

Chyba zaczynam znów czuć jak smakuje jedzenie.

Ale... dlaczego tam cholera poszłam?

Dlaczego o tym w ogóle pomyślałam?

Friday, 29 May 2009

Letnia sukienka.

Cześć... Wam. Ci.

Dziś założyłam letnią sukienkę.

Bajeczną, mieniącą się tysiącem odmian błękitu.

Tak, niebieski to mój kolor.

Zaczynam kochać siebie.

To kolejny krok.

Akceptacja.

Kilogram w tą, czy w tamtą.

Co za różnica.

Wnętrze to samo.

Aż sama się sobie podobam.

Przyciągam dziś spojrzenia.

I dobrze mi, chociaż serce wciąż boli.

Trochę. Troszeczkę.

Ale z tym też dam sobie radę.

Bo dzielna ze mnie dziewczyna!

Wednesday, 27 May 2009

Równowaga.

Coś się traci... coś się zyskuje.

Straciłam serce, ale... odzyskałam przytomność.

Jakby ktoś wymierzył mi policzek, który boli...

ale cuci.

Dziś w moich dniach pojawia się dużo uśmiechu.

Co więcej, dziś czuję, że żyję.

To chyba dzięki ludziom, którzy mnie otaczają.

Boże... Tyle w ostatnim czasie dostaje dowodów miłości.

Naprawdę Im dziękuję.

Wiele zawdzięczam.

Tak... Boję się, że to tylko taka cisza przed burzą.

Ale... Tych kilka pozytywnych dni w moim życiu, dużo mi dało.

Daje.

Bo jak narazie się trzymam.

Czuję się silna.

Czuję się wolna.

Tuesday, 26 May 2009

Normalna.

Skąd ten przypływ motywacji?

Nie ma co ukrywać.

Rzucił mnie facet.

Aż się muszę tutaj uśmiechnąć.

Bo wiecie co?

To wbrew pozorom dało mi siłę.

Serio.

Było źle.

Było tak źle... że gorzej być nie mogło.

Ale... to jak odbicie się od dna.

Cóż mogę powiedzieć...

Jest normalnie.

Zjadłam normalnie.

Zrobiłam normalne zakupy.

Poszłam normalnie z koleżanką na kawę.

Na siłowni spędziłam normalne dwie godziny.

Boże... jakie to dziwnie pozytywne uczucie.

Być zwyczajnym.

Tak po prostu.

Monday, 25 May 2009

Chcieć znaczy móc.

Nadeszło moje Jutro.

Czuję to.

Jakoś się zbieram

...pozbieram.

Muszę.

Mało to świat widział pogrążonych w otchłani depresji ludzi?

I jeszcze Ja.

Natalia.

Bez Be.

Jej już nie będzie.

Gdzie jest?

Nie wiem, ale dziś nie ma jej ze mną.

Czy wróci?

Nie.

Bo ja tego nie chcę.

Sunday, 24 May 2009

Ból.

Nadeszła noc.

Jestem tak strasznie zmęczona.

Ale nie zasnę.

Nie potrafię już spać. Nie potrafię śnić.

Skutki uboczne magicznych zielonych pigułek?

Nie...

To chyba przez ten ból.

Taki w środku.

Niefizyczny.

Niezbadany.

Boli mnie.

Ciało.

Dusza.

Dziś wezmę znów nożyczki.

Kolejna blizna.

Ulga.

Może uda się odpłynąć w sen.

Tuesday, 19 May 2009

Umieram.

Obudziłam się dziś wcześnie. Która to była... 4, a może 5-ta?

Boli mnie wszystko. Wszyściutko...

Wczoraj żygałam z dobrą godzinę.

Czasem myślę, że ja aż proszę się by mnie przyłapać.

Na gorącym uczynku. Z palcami w buzi.

Godzinny prysznic.

Wpadłam znów w ten mój bulemiczny tryb życia.

Kilka miesięcy przerwy zaowocowało jeszcze potężniejszym nawrotem.

Wczoraj poszła mi krew z nosa. To już drugi raz w ciągu tygodnia.

Czy... czy ja umieram?

Powiedzcie mi...

Mam takiego doła, że już nawet nie widzę nic na oczy.

Łzy przesłaniają wszystko.

Mam tego dosyć.

Mam dosyć... siebie samej.

Dlaczego do cholery jestem tak słaba?

Dlaczego...?


Monday, 18 May 2009

!.

Znajdziecie mnie w toalecie.

Dziewczyna, która obejmuje czule kibel... to ja.

Sunday, 17 May 2009

Świnia - part 2.

Tych kilka dni obżarstwa zrobiło swoje.

+ 3 kg.

Dziwne... gdzie to wszystko jest.

Owszem, brzuch wydaje się być trochę większy, ale poza tym?

Hmm... no tak.

Czuję jak moje ramiona pokrywają się grubą warstwą tłuszczu.

Uda... Udzicha.

Fuj.

Zaraz zaczną wymiotować, na sam swój widok.

Jestem obleśna.

Nie tylko zachowuję się jak świnia.

Ja... wyglądam jak ona.

Boże... mam dość.

Saturday, 16 May 2009

Świnia.

Obudziłam się dziś... i już wiedziałam.

To będzie ten dzień, kiedy wydam masę pieniędzy.

Nie na nową parę butów, torebkę, dwie koszulki.

Nie tak jak zrobiłoby to 99% normalnych kobiet.

Muszę coś zjeść...

Nie.

Ja muszę się nażreć.

Jak świnia.

Chipsy zagryzać batonikiem, by zaraz poczuć posmak pomidorowego sosu i wsysać w siebie nitki makaronu. Litr słodkiej coli. A zaraz potem pół kilo sernika.

Lody...

Mhhmm...

Mhhmm...

Nienawidzę siebie.

Jutro muszę obudzić się będąc inną.

Pieprzone tabletki. Nie działają.

Do cholery!

NIE działają!

NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE DZIAŁAJĄ!

Jaka jest różnica między mną a moją matką alkoholiczką?

Jaka jest różnica między bulemikiem a alkoholikiem?

Alkoholicy nie muszą pić by... żyć.

A dla mnie?

Jedzenie to wróg.

Tuesday, 12 May 2009

Dylemat.

Trzymam się. Nie puszczam ;]

Haha.

Zabawne.

Jakoś leci... Od ostatniego obżarstwa mija drugi dzień.

Dziwne... nawet nie mam ochoty jakoś specjalnie jeść.

Czyżby tabletki zaczeły działać?

Czy pisząc to, wywołuję wilka z lasu?

Be.?

Jesteś tam?

Hmm... co tam u mnie?

Sesja w toku. Jeszcze trzy egzaminy i... fruuu... koniec.

Zastanawiam się czy polecieć do domu.

Tam zawsze ktoś jest. Ja i Be.? Nie przeszłoby... Więc może powinnam?

hmmm...

Monday, 11 May 2009

Gdzie one są?

Jest 1-wsza w nocy.

Co robi Natalia?

Gdzie Ona jest?

Aaa... pewnie siedzi teraz z Be. W toalecie.

Rozprawia się z pizzą, masywnym opakowaniem ciastek i dużą (największą dostępną w sklepie) paczką M&M'ów. Koniecznie tych z orzeszkami. Bardziej zatykają. Aczkolwiek preferuje czekoladowe.

Ahh... no i połówką bochenka chleba. Z wszystkim co znalazła w lodówce.

Pytanie:

Pewnie zastanawiacie się... Skąd się we mnie bierze ten cynizm?

Odpowiedzi nie ma.

Ale jest stwierdzenie:

- chyba tylko on mi pozostał.

Sunday, 10 May 2009

Musli.

Znowu pękłam.

Wczoraj zjadłam (uwaga!) prawie kilogram musli.

Skończył się jogurt, dorwałam śmietanę. Mleko. Wodę... Dżem.

Najgorsze jest to, że nie potrafiłam tego zwrócić.

Przeklęte musli.

Kompletnie utkwiło.

Czuję... że przytyłam.

Moje uda... Jakby 10 centymetrów w ich obwodzie przybyło.

7 tabletek przeczyszczających.

Brzuch = balon.

Ja = idiotka.

Saturday, 9 May 2009

100 lat...

Dzwoniłam dziś do domu. Podobno jest lepiej... Zapisali się na terapię.

Dziwne... jak się coś wali to od razu całkowicie... I odwrotnie.

Jestem tak daleko od Nich. Leczę się ja. Leczy się moja rodzina.

To będzie 4-ty dzień.

Kolejna zielona pigułka.

Czy będzie dobrze?

Za wcześnie by oceniać...

Lodówka pełna. To znaczy, taka jaką każdy przyzwoity człowiek powinnien mieć.

Jajka, mleko, kurczak, trochę jarzyn.

Nie ulegną dziś pokusie... Proszę nie.

Dziś urodziny obchodzi ktoś, kto dużo dla mnie zrobił.

Prawdopodobnie jedyna osoba na tym świecie, za którą... oddałabym życie.

Nawet teraz, gdy Ty nie chcesz mnie już znać.

100 lat... 100 lat...

Thursday, 7 May 2009

Placebo.

To już drugi dzień...

Zielona tabletka. Jedna na dzień.

Takie maleńkie 'coś'.

Pewnie nie zaczęło nawet działać w moim organiźmie... a ja już czuję się lepiej.

Takie placebo.

Mam cel.

Schudnę.

Wyzdrowieję.

I pozbędę się tej cholernej depresji.

Na dzień dzisiejszy: 58 kg żywej mnie. I 170 centymetrów.

P.s.

Boję się, że... Nadzieja jest faktycznie matką głupich.

Wednesday, 6 May 2009

Będzie dobrze!

Nie wierzę. Sama sobie nie wierzę. Byłam dziś u lekarza... Tak po prostu, źle się czułam... I wyszło, że... powiedziałam jej wszystko. Wszyściutko.

Mam leki.

I idę do psychologa.

Zaczynam walkę. Będzie dobrze.

Musi być.

Coś jeszcze... Powiedziałam o tym komuś mi bardzo bliskiemu.

Nie nazwę Go 'przyjacielem'. To zbyt mocne określenie.

Po prostu dobremu znajomemu.

Jak to się stało?

Hm... Zauważył blizny na moich nadgarstkach. Zapomniałam założyć dziś zegarka.

Skłamałam, że to tylko skaleczenie. Ale... czułam się źle. Nie potrafię już tak dłużej kłamać komuś w oczy. Szczególnie ludziom, którzy na to nie zasługują.

A potem... Rozmowa.

Taka szczera. Pod wpływem chwili.

Ostatecznie... Popłakaliśmy się.

Nad samymi sobą. Nad tym co Nas bolało. Boli.

Nie wierzę... Dziś czuję, że będzie ok.

Punkt zwrotny w mojej historii.

Dzięki Ci Grzesiu.

Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy.

I tak, obiecuję Ci...

Zadzwonię, gdy będzie mi źle.

Tuesday, 5 May 2009

Zła.

No k***** mać.

Wybaczcie...

Jestem zła. Cholernie zła. Tak zła, jak... byłam ostatnim razem gdy ktoś mi przerwał.

I jak ja teraz mam pozbyć się dwóch Marsów, dwóch Twixów i... dwóch bochenków chleba z dżemem?

No jak do cholery?

No cóż. Wezmę tabletki. Najlepiej 8 albo 9.

Ale mnie będzie bolał jutro żołądek. A raczej jelita.

Wszystko.

Ale muszę.

Zauważyłam, że zawsze zaopatruję się we wszystko podwójnie. Na wszelki wypadek, gdyby jeden produkt okazał się niewystarczajacą ilością.

Że też, idąc na ten spacer, musiałam spotkać znajomego, który zaproponował gotówkę.

I znów miałam na chleb.

Kurwa.

Sorry.

Monday, 4 May 2009

Wakacje!

Nie mam siły się uczyć. Kompletnie. Nie mam siły na nic.

Nawet jeść mi się nie chce.

Bo i tak nie ma co. Lodówka pusta. Naprawdę.

A w szafkach? Trochę cukru, trochę mąki, parę 'Gorących kubków'.

Pewnie jak mnie coś najdzie to i z tego coś stworzę. Jestem geniuszem w kwestii 'robienia czegoś z niczego'. Taaaak...

Siłą rzeczy nie będę nic jeść. Kart bankomatowych też się już pozbyłam.

Desperacja, co?

Ale muszę tak zrobić... Muszę.

Jak będę jeść? Hmm... tego jeszcze nie wiem. Coś wymyślę.

Czuję pewnego rodzaju ulgę. Że nie ma wokół nic, co mogłoby kusić.

Że nie mam jak iść do sklepu i obkupić się w wszystko co jest tam dostępne.

Taka mała głodówka.

Przemyślę siebie, mój żołądek odpocznie.

Należy nam się.

Wakacje. Hej, hej!

Sunday, 3 May 2009

Powiedzieć...

Cieszę się, że mam szanse spisywać tu swoje myśli. Żałuję tylko, że zaczełam to robić ta późno... Bo to przynosi taką ulgę.

Napiszę to, na co napisanie mam ochotę. Nikt nie osądzi, nie nakrzyczy.

Raz próbowałam powiedzieć komuś o swoim problemie.

Raz.

I już więcej nie spróbuję.

Bo bulimia dla większości to nie choroba. To zabawa, w którą bawią się spragnione uwagi nastolatki.

'Skończ to robić, bo będziesz bezpłodna'.

Tak właśnie mnie skomentowano.

Co ja na to?

Z tego bólu i żalu... Pocięłam się.

Delikatnie... Zamiast jeść, obserwowałam jak krew spływa mi po nadgarstku.

Ulga... Do teraz czasem to robię.

Saturday, 2 May 2009

Kolejny dzień...

Roznosi mnie dzisiaj. Myślę obsesyjnie... O tym, co by tu zjeść. Czy to się kiedyś do cholery skończy? Jedzenie nawet nie smakuje. Nie czuję jego zapachu.

Dajcie mi papier.

Co za różnica?

I tak wyżygam.

Więc po co jeść?

Zaczynam się bać. Naprawdę już siebie nie kontroluję. Może to przez sesje?

Podobno, każdy je więcej...

Tak, tak... Wmawiaj sobie Natalio, wmawiaj.

Friday, 1 May 2009

...

A miało być tak pięknie... Mogło być tak pięknie.

Dzwoniłam dziś do Ojca. Znów płakał. Boże... co tam się dzieje!?

Chciałabym tam być... Jakoś Mu pomóc.

Kontrolować Matkę.

Znów zaczeła pić.

Widzicie.... podobno każda choroba psychiczna spowodowana jest jakimiś traumatycznymi przeżyciami z dzieciństwa...

Moja Matka piła. Pije.

Czy fakt tego, że ma ciężkie życie usprawiedliwia ją?

Czy fakt, tego że pije, usprawiedliwia mnie?

Pamiętam strach. Leżałam w łóżku, nasłuchiwałam każdych kroków na klatce.

Idzie, nie idzie? Ona nie ona?

Zegar w salonie wybijał godzinę za godziną.

A wraz ze mną czekał mój Tato.

Czy znowu wybuchnie awantura?

Te kamienie w żołądku nie dawały spać.

Tłamsiły, dusiły... jak i łzy, które nauczyłam się połykać.

Dlaczego właściwie o tym piszę? Nie wiem... jakoś tak. Ta rozmowa wytrąciła mnie z równowagi.

Myślałam, że uciekłam od tego gówna.

Niestety... To wciąż się za mną wlecze.

A teraz wybaczcie... Idę coś zjeść.

Muszę. Nie daję rady.

Thursday, 30 April 2009

...

Jakoś się trzymam, będę dzielna. Będę... normalna. Dziś nie bedzie żadnej dramaturgii, kryzysu, czy płaczu. Będzie kolejny dzień z życia zwykłej dziewczyny.

Wiem, że wiele osób uważa, że bulimia to po prostu wymuszona na siłę choroba.

Zgadzam się z tym. Całkowicie.

Problem w tym, że jej pojawienie się w naszym życiu jest niewinne, ot tak po prostu. Myślisz: 'schudnę to przestanę'. Nic bardziej mylnego...

Z każdym kolejnym etapem choroby, nasza 'Be' zahacza o coraz to nowsze sfery naszej psychiki. Gdy przejmie kontrolę nie tylko nad ciałem, ale i umysłem... jesteśmy przegrani.

Kiedyś ktoś, rozmawiając przy mnie o bulimii, nie potrafił się nadziwić, co to za problem przestać wymiotować. Ehh... tu nie chodzi o to.

Walczysz z atakami chronicznego głodu, faktem pochłaniania ogromnych mas jedzenia.

i... wyrzutami sumienia.

Potem już wszystko kręci się tylko wokół jednego.

Nauka, dom, praca? Wszystko schodzi na dalszy plan.

Liczy się to, że zaraz pójdziesz do sklepu.

W przypadku kiedy masz czas, wiesz, że nikt i nic nie stanie Ci na drodze:

Z rozwagą, dokonasz selekcji tego na co masz szczególnie ochotę. Biorąc jedną tabliczkę czekolady, już myślisz o kolejnej.

A gdy jesteś zdesperowany...

Jesz co popadnie.

W moim przypadku, była to ostatnio baza na ciasto... którego nie zdążyłam nawet upiec.

Przykre?

Hymm... nie oczekuję litości. Sama jestem sobie winna.

Pomyślałam sobie, że byłoby po prostu dobrze tu wszystko opisywać.

Żeby każdego dnia, na nowo, uświadamiać sobie jaką głupotę wyrządzam samej sobie.

Wednesday, 29 April 2009

Fakt.

Zanim dopadnie mnie melancholia, spowodowana kolejnym atakiem, a raczej tym jak się po nim czuję, opowiem Wam coś o sobie.

Takich kilka faktów z życia.

Zwykłej dziewczyny.

Nie grubej, nie chudej. Nie pięknej, nie brzydkiej.

Ta naprawdę, nie jest trudno ustalić datę kiedy osoba przeistacza się w bulemika.

Nie dla mnie. Ataki kompulsynego jedzenia zdażały się już w kilka miesięcy po tym jak zacząłam się odchudzać. Normalna sprawa.

Bulemiczką zostałam... gdy przyszły mi do głowy moje palce. I to co mogę z nimi zrobić.

Czy się bałam? Nie.

Bo ja się niczego nie boję. No chyba, że o Matkę.

Że kiedyś nie wróci.

To było tak dawno...

Mój współlokator chcąc mnie pocieszyć kupił mi pudełko lodów...

Czekoladowych.

I ciasteczka...

Powiedział: "Jedz, jedz... a jak wrócę z pracy to do Ciebie dołączę".

Zjadłam całe. A z nimi i ciasteczka. I pomidory. Ugotowanego ziemniaka.

Godzinę zajeło mi znalezienie w sklepie tych samych lodów.

Bo już wtedy poczułam, że coś jest nie tak.

Byłam tak najedzona, że siłą rzeczy zrobiło mi się niedobrze.

Nie musiałam się jakoś wysilać.

Poza tym... lodami się łatwo wymiotuje.

Moja Be.

Zjadła dziś:

3 galaretki

Jogurt

2 tabliczki czekolady

4 kotlety sojowe, kasze i brokuła

2 paczki ciastek 'digestive'

Kanapkę z krewetkami

Kanapkę z szynką i pomidorem

Kawałek ciasta urodzinowego

Bagietkę z bekonem i brie

Całe pudełko Carte Dore'ów

Deser budyniowy s bitą śmietaną

Zwróciła:

Ostatnie trzy pozycje

Nie mam już żadnej gotówki... Wszystko na koncie... Muszę więc oddać swoje karty bankomatowe. Żebym nie mogła nimi płacić.

Lodówka też pusta.

Niczym nie może mnie skusić.

Chcesz walczyć? Moja droga Be.?

Dobrze...

Tuesday, 28 April 2009

Kolejny dzień...

Nie mam już sił. Na nic... Nawet wymiotować mi się nie chce.

Czuję się tak strasznie źle...

Zawiodłam samą siebie. Znowu....

Ile to już razy?

Nie sposób zliczyć...

Przed tym jak zamknę już oczy do snu, powiem sobie: "Natka, jutro nastanie nowy dzień, zaczniesz wszystko od nowa..."

Tyle razy już to sobie powtarzałam...

Ale powtórzę raz jeszcze.

Może coś się zmieni, może...

Na razie krzyczę. Tak niemo...

Boże niech mi ktoś pomoże...

Błagam!

Saturday, 25 April 2009

...

Zamknęły się drzwi. Wyszła. Nareście.

Kierunek: lodówka. Hej, hej!

Nie dość, że się najem to... zwrócę jeszcze wszystko.

W ciszy i spokoju. Luksus...